• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Derbyshire, Burke Manor > Gabinet Vivienne
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
06-08-2025, 11:52

Gabinet Vivienne
Gabinet ten był wyjątkowym prezentem ślubnym od męża – wyrazem jego troski, zrozumienia i szacunku dla jej pasji i potrzeby posiadania własnej przestrzeni. Ściany pomieszczenia w całości pokrywają wysokie regały z ciemnego drewna, wypełnione starannie dobranym księgozbiorem. Przy dużym oknie, przez które wpada miękkie światło dzienne, ustawiono klasyczne biurko, na którym zawsze leży stos książek. Na podłodze leży perski dywan o bogatym wzorze, dodający ciepła i tekstury. Subtelne światło, drewniane powierzchnie i zieleń widoczna za oknem tworzą razem przestrzeń niezwykle przytulną i sprzyjającą skupieniu. To miejsce nie przytłacza, lecz otula – pozwala oderwać się od zgiełku świata i zatopić w świecie myśli, słów i wspomnień.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Cybil Burke
Nieaktywni
"Seek and ye shall find," they say, but they don't say what you'll find.
Wiek
24
Zawód
łamacz klątw
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
1
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
11
Brak karty postaci
29-09-2025, 02:03
8 marca 1962

Życie towarzyskie błękitnokrwistych przelatywało mi jakby między palcami. Zawsze starałam się pojawiać raz na jakiś czas na różnych wydarzeniach, przynajmniej pokazać się na moment. Był to poniekąd mój obowiązek względem nestora, ponieważ od dziecka uczyłam się, że tradycję trzeba kultywować. Niemniej jednak moje starania nie przynosiły efektów, gdy aktualnie żaden z nestorów najważniejszej dwudziestki szóstki nie zdecydował się poprosić o moją rękę. Miałam mieszane uczucia, co do tej sytuacji, gdy jednocześnie dalej mogłam cieszyć się moją względną niepodległością, ale z drugiej strony nie wiedziałam, czy za dziesięć lat nie będę żałować, że nie starałam się bardziej, gdy będę mieć status starej panny lub żony (jedynie) czystokrwistego... Może to wszystko przez moje piegi?
Przybycie nowej lokatorki rodowej posiadłości obyło się z mojej strony bez odzewu, co raczej miejsca mieć nie powinno. Im dłużej zwlekałam, tym mniej mi się śpieszyło złapać ją gdzieś na terenie. Vivienne nie była mi obca, chociaż po moim opuszczeniu murów szkockiego zamku, nie utrzymywałam z nią kontaktu. Pamiętałam ją jednak ze szkolnych korytarzy, gdy wpadałam na nią, gdy była akurat w towarzystwie Prim. Trudno jednak byłoby mi jej nie zapamiętać przez ten rzadki kolor włosów, którym wyróżniała się na tle innych dziewczyn.
Jej imię potem pojawiło się w moim życiu, dopiero gdy dowiedziałam się, że Xavier się z nią zaręczył. Miałam wtedy jednak ważniejsze rzeczy na głowie, gdy szczęśliwa dla niej nowina zbiegła się z czasem, kiedy próbowano zlokalizować ekspedycję mojego ojca. Potem już było tylko gorzej, gdy nestor oznajmił mi, że wszyscy archeolodzy mają status zaginionych. Powód, dla którego zwlekałam z listem, był w mojej głowie uzasadniony, ale nie mogłam być pewna, jak na to zaopatruje się sama Avery... a raczej Burke.
Sam ślub, jak i panna młoda, byli równie piękni. Po oficjalnych gratulacjach, kiedy na początku uroczystości był na to odpowiedni moment, schowałam się jednak w cień, a opuściłam je kilka godzin później. Zbyt wcześniej niż wypadało, dla tak bliskiej rodziny Xaviera. Nestor przymknął na to oko, bo nie byłam w tamtym momencie wystarczająco reprezentatywna na przebywanie wśród świetnie bawiących się ludzi, ale wciąż mogło zostać to przez Vivienne źle odebrane, czego też nie miałabym jej za złe.
Miałam właśnie wracać do swojej sypialni, gdy moją uwagę przykuł niegłośny odgłos wydobywający się z jeszcze do niedawna nieużywanego pokoju w posiadłości. Ten szybko przekształcił się w prezent ślubny dla młodej żony, ale nie miałam okazji go nawet zobaczyć. Wiedziałam, że był to idealny moment, żeby ją zaczepić, choć nie przyszło mi to bez wahania. Wiedziałam jednak, że nie powinnam dłużej zwlekać, zanim dziewczyna pomyśli, że specjalnie jej unikam. Zapukałam więc delikatnie w drzwi, a gdy usłyszałam delikatny głos, zapraszający mnie do środka, a mi zaraz ukazał się świeżo umeblowany pokój.
- Cześć... - Uśmiechnęłam się delikatnie, choć trochę niezręcznie, w jej kierunku, gdy zamknęłam za sobą drzwi. Starałam się utrzymać skupienie mojego spojrzenia na jasnowłosej, ale mimowolnie na moment zdarzało mi się błądzić wzrokiem za jej plecami, oglądając nowe wyposażenie pokoju. Xavier rzeczywiście się postarał. - Nie miałam jeszcze okazji Cię oficjalnie powitać... Przepraszam, że dopiero teraz, ale... ale ostatnimi czasy jestem trochę nieobecna w Burke Manor - Podeszłam do niej bliżej, poprawiając kołnierz czarnej koszuli. - Zdążyłaś się zaaklimatyzować? - Zakładałam, że musi być jej ciężko w nowym miejscu. Zapewne tęskniła za domem, a przynajmniej ja bym tęskniła.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
30-09-2025, 15:43
Minęło już kilka dni, odkąd wraz z Xavierem wróciliśmy do Londynu. Mojego męża pochłonęła praca, zaległości, które pojawiły się w wyniku jego nieobecności, musiały zostać nadrobione, a ja starałam się wykorzystywać ten czas, aby oswoić się z nową rzeczywistością. Burke Manore ciągle stanowiło dla mnie miejsce obce, nie zawsze wiedziałam, którędy iść, aby dotrzeć w konkretne miejsce, a do kuchni, gdzie znajdowały się te słynne cytrynowe ciasteczka, jeszcze nie dotarłam. Dzisiejszego dnia postanowiłam zająć się swoim gabinetem, co prawda już tutaj próbowałam poukładać przedmioty po swojemu, ale teraz chciałam się na tym tak w pełni i naprawdę na tym skupić. Książki w odpowiedniej kolejności, bibeloty ustawiać tak, aby buszujący Zefir nie mógł ich zrzucić z półek. Chciałam przygotować dla niego jakieś miejsce, aby mógł spać wylegując się w cieple wpadającego do pomieszczenia słoneczka. Kupiłam nowe zasłony, które zleciłam skrzatowi, aby zawiesił, więc już dzisiaj mogłam cieszyć się ich nowym wyglądem. Naprawdę nie spodziewałam się, że mam aż tyle książek, a ich ułożenie na tych wszystkich półkach zajmie mi tyle czasu! I nadal miałam puste przestrzenie, które nie wiedziałam, czy zapełniać teraz, czy pozwolić, aby zapełniły się naturalnie.
Nie spodziewałam się dzisiaj żadnych gości, aczkolwiek domyślałam się, że co jakiś czas ktoś do mojego gabinetu zajrzy. Ostatnio była to matka Xaviera, pani Tytania, z pytaniem, jak się czuję i czy nie brak mi zajęć podczas nieobecności męża. Kto dzisiaj pukał? Nie wiedziałam.
- Proszę! - Zawołałam, słysząc ciche pukanie do drzwi.
Gdy drzwi się otworzyły, moim oczom ukazała się Cybil. Kuzynka Xaviera i Primrose, którą znałam jeszcze z czasów szkolnych. Co prawda nigdy nie byłyśmy ze sobą blisko związane, wychowywał nas inny dom. Ona była w Slytherinie, a ja byłam Krukonką. I była rok starsza, więc nawet nie miałyśmy wspólnych zajęć. Tyle, co rozmawiałam z nią przy obecności Primrose, a teraz mieszkałyśmy pod jednym dachem. Ostatni raz widziałam ją podczas mojego ślubu, składała nam życzenia, ale potem gdzieś znikła w tłumie i więcej moje spojrzenie jej nie odnalazło. Miała ciężki okres w życiu, nie miałam jej więc tego za złe. Ale to sprawiło, że tym bardziej zdziwiło mnie jej przyjście.
- Dzień dobry, Cybil - uśmiechnęłam się do niej ciepło, odłożyłam książkę na biurko, o które oparłam się pośladkami. Dłonie splotłam przed sobą, wpatrując się w nią i wysłuchując jej słów. - Dziękuję, że przyszłaś. To bardzo miłe z twojej strony.
Zdecydowanie byłam jej wdzięczna za wizytę. Za to, że chciała przywitać mnie osobiście w murach posiadłości. Nie ważne, że minęło już parę dni. Ktoś inny mógł się obrazić, ja wzięłam poprawkę na jej stan. Może gdyby trwało to dłużej, gdyby podeszła do mnie dopiero w kwietniu albo maju… Może wtedy poczułabym się urażona? Ale, minął ledwie tydzień od naszego powrotu. Ja również potrzebowałam czasu.
- Jeszcze nie - odpowiedziałam z pełną szczerością w głosie. - Tak dużo się wydarzyło, że wciąż mam wrażenie, że śnię. Jednego dnia wstaję rano w swojej sypialni, wieczorem zostaje żoną, kolejnego dnia właściwie wyruszamy w podróż. Tam spędzamy cudowne dwa tygodnie, a powrót do chłodnej Anglii był jak oblanie twarzy zimną wodą. I jestem tu, w miejscu, które jest teraz moim domem, a równocześnie jest nadal tak obce - wylałam z siebie potok słów, nie wierząc, że aż tyle powiedziałam. Najwyraźniej potrzebowałam się wygadać. - Może usiądziesz? Zaraz zawołamy Artka i da nam herbaty. Zefirku… - podeszłam do fotela stojącego w rogu pokoju i wzięłam kota na ręce. - Ustąpisz miejsca Cybil, dobrze? - Podrapałam kota pod brodą, a następnie odstawiłam na ziemię.
Kocurek nie był zbytnio zadowolony z przerwanej drzemki, więc obrażony wskoczył na parapet, odwrócił się do nas plecami i kilka razy ziewając, wpatrywał się w teren ogrodu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Cybil Burke
Nieaktywni
"Seek and ye shall find," they say, but they don't say what you'll find.
Wiek
24
Zawód
łamacz klątw
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
1
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
11
Brak karty postaci
12-10-2025, 23:43
Kiwnęłam delikatnie głową w kierunku jasnowłosej, gdy ta zaprosiła mnie, żebym usiadła. Fotel był okupowany w tamtym momencie przez kota, ale ten posłusznie zwolnił mi miejsce z pomocą jego właścicielki:
- Domyślam się, że wcale nie jest to takie łatwe - Wysyłam jej teraz pokrzepiające spojrzenie, gdy zakładam nogę na nogę. Może powinnam ją uszczypnąć? Oswobodzić z tego nieustannego uczucia śnienia, o jakim właśnie mówiła? - Mimo wszystko mam nadzieję, że odnajdziesz się w posiadłości jak każdy z Burke'ów, bo przecież teraz również należysz do rodziny... Zakładam też, że Primerose dba o Twoje samopoczucie, czy się mylę? - Uśmiechnęłam się na wspomnienie o kuzynce. Domyślałam się, że Prim nie była obojętna na nową lokatorkę naszych rodowych ziem. Podwaliny ich relacji zbudowały już w czasach szkolnych, a los chciał, że miały teraz mieszkać. Zastanawiało mnie tylko, jak długo ten stan miał się utrzymać. Przyjaciółka świeżej Pani Burke w każdym momencie mogła się dowiedzieć o nowym zaaranżowanym mariażu, który zmusiłby ją do opuszczenia posiadłości w perspektywie kilku miesięcy.
- A jak było w Egipcie? - Podtrzymuję rozmowę, zanim zlecimy domowemu skrzatowi, aby przygotował nam gorącą herbatę. - Nie było żadnych problemów? Ze strony mugoli? Dobrze kojarzę, że jakiś czas temu dział się tam kryzys? - Trudno było, żeby nawet brytyjska czarownica nie usłyszała o tych mugolskich dramatach na Bliskim Wschodzie. Nie znałam jednak szczegółów - nie było najmniejszego powodu, dla którego miałabym zgłębiać ten temat. Sytuacja miała się jednak inaczej, jeżeli chodziło o magiczną atmosferę tego miejsca. Tamtejsze unikalne grobowce zabezpieczone są starożytnymi klątwami. Czytałam, że jedynie najwprawniejsi klątwłamacze są w stanie je złamać. Moja praktyka była jeszcze prawdopodobnie na zbyt niskim poziomie, żeby mogło mi się to udać, ale chciałabym kiedyś tam pojechać i zasilić rodowy sklep nowymi, unikatowymi nabytkami, których jeszcze Śmiertelny Nokturn nie widział.
- Artek - Zawołałam skrzata delikatnie uniesionym głosem i kilka sekund później z charakterystycznym odgłosem świstu zmaterializował się on w gabinecie Vivienne. - Zrób nam herbaty. Dla mnie będzie czarna, bez cukru i mleka - Dałam teraz szansę mojej rozmówczyni złożyć zamówienie dla siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
16-10-2025, 21:13
Cybil wciąż stanowiła dla mnie zagadkę. Niby część rodziny, mieszkałam z nią teraz pod jednym dachem, a jakby wciąż była mi obca. Ucieszyło mnie więc to, że zdecydowała się przyjść do mnie i mnie w końcu oficjalnie przywitać. Mogłam to zrobić ja, wcześniej, to oczywiste. Jednak, wiedziałam co ją spotkało, sama też miałam dużo rzeczy na głowie i nie chciałam zajmować jej swoją osobą. Stwierdziłam, że danie jej, nam, czasu wyjdzie nam na dobre. Uśmiechnęłam się widząc, że zaakceptowała moje zaproszenie i już po chwili usiadła na zwolnionym fotelu. Mój kot nie był z tego powodu zadowolony, ale niestety musiał zaakceptować fakt, że zdecydowałam o jego końcu drzemki.
- To prawda, nie jest to najprostsze zadanie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, kiwając głową kilkukrotnie. - Już się powoli odnajduję, cały czas jednak czuję się lekko nieswojo. To minie, jestem pewna. Primrose zdecydowanie o mnie dba, nie mylisz się. Tak samo Xavier.
Na samo pytanie o Egipt rozpromieniłam się jeszcze bardziej. Znowu poczułam na sobie to ciepło słońca, zapach towarzyszący nam podczas godzin spędzonych w starych kryptach piramid, dotyku jego skóry na mojej o poranku. Wspomnienia były świeże i nic nie mogłam poradzić na to, że w tę stronę uciekały moje myśli.
- W Egipcie było cudownie - stwierdziłam z szerokim uśmiechem na twarzy. - Pięknie, ciepło, niezwykle ciekawie. Nie, z mugolami nie mieliśmy żadnych problemów. Byliśmy pod opieką Xaviera znajomych, którzy zadbali o to, aby ewentualne nieprzyjemności z ich strony nas nie spotkały.
Już po chwili Cybil zawołała skrzata, który zmaterializował się tuż obok nas. Dziewczyna już zdążyła zamówić sobie herbatkę, więc i ja na krótką chwilę zastanowiłam się nad tym, co chciałabym wypić. Gdy Artek zwrócił się w moją stronę, spojrzałam bezpośrednio na niego.
- Ja bym wypiła czarną herbatę z syropem malinowym. I koniecznie podaj ciasteczka cytrynowe - kiwnęłam, a skrzat zniknął z cichym trzaskiem. Ponownie swoje spojrzenie przeniosłam na Cybil. - Czy Zefir ci nie przeszkadzał pod naszą nieobecność? Przez jakiś czas, jak go dostałam od Xaviera przed ślubem, mieszkał razem ze mną u moich rodziców. Musiał się szybko zaaklimatyzować tutaj, kiedy wyruszyliśmy w podróż. Primrose mówiła, że płakał i nie mógł znaleźć sobie miejsca. Mam nadzieję, że nie sprawiał ci problemów?
Swoją uwagę przeniosłam na kocisko. Nie mogłam uwierzyć, że w ciągu dosłownie kilku tygodni, z takiej małej puchatej kulki, robił się powoli duży kotek. Jeszcze trochę i Zefir przestanie być kocim dzieckiem, a młodzieńcem. I jeśli poziom jego energii nie spadnie, to ja się boję o stan tego domu i ozdób stojących na wysokich półkach. On zaraz będzie mógł do nich doskoczyć.
Nie minęła chwila, jak znowu usłyszałyśmy trzask. Na stoliku pojawiły się dwie filiżanki. Jedna z czarną herbatą, druga z syropem malinowym i ciasteczka. Tak jak poprosiłam. Od razu sięgnęłam po jedno i schrupałam z zadowoleniem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Cybil Burke
Nieaktywni
"Seek and ye shall find," they say, but they don't say what you'll find.
Wiek
24
Zawód
łamacz klątw
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
1
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
11
Brak karty postaci
16-11-2025, 22:54
Dobrze, że jasnowłosa miała wsparcie w posiadłości. Z pewnością bez pomocy moich kuzynów byłby to dla niej cięższy epizod w życiu.
- Mam nadzieję, że prędzej niż później poczujesz się tu jak w domu - Staram się ją pokrzepić z delikatnym uśmiechem, gdy łapię za filiżankę z herbatą i ostrożnie ją upijam, żeby nie poparzyć języka. Dobrze, że Xavierowi zależy i mam nadzieję, że nie zmieni się ten stan rzeczy w najbliższym czasie. Pozostawiona sama sobie w tej wielkiej posiadłości, szybko by się załamała, a przynajmniej tak mi się zdawało.
- Jeżeli mogę spytać, to jak przebiegał ten wyjazd do Afryki? Wypoczywaliście jedynie nad Morzem Czerwonym? - Odkładam delikatnie filiżankę, żeby nie narobić zbędnego hałasu, gdy stykam ją z porcelanowym spodkiem. Dwa tygodnie to dosyć długi okres i byłam szczerze ciekawa czy zdecydowali się jedynie na odstresowanie na wybrzeżu, czy jednak spożytkowali ten czas na coś więcej. Moją ciekawość podsycił jeszcze bardziej zauważony podręcznik o hieroglifach. Chyba nie był przypadkowy, a doskonale wiedziałam, jak ciekawe są starożytne systemy pisma. Znaki te nosiły na sobie znamię magii, tak samo, jak dobrze znane mi pismo runiczne.
W środku trochę się zdziwiłam, że Xavier aż tak bardzo obdarowywał swoją nową żonę prezentami. Wyjazd, gabinet, a do tego wszystkiego jeszcze zwierzę przed sformalizowaniem ich małżeństwa? Z pewnością nie można mu odmówić tego, że olał temat. Sama nie byłam fanką żywych prezentów... no chyba że mowa o skrzacie... Nasza posiadłość jest duża, a jej populacja zaczyna się coraz bardziej powiększać. Od zawsze byłam zdania, że dla dobrego funkcjonowania Burke Manor, powinniśmy posiadać co najmniej trzy skrzaty na służbie. Czasami zdawało mi się, że Artek po prostu nie daje sobie sam rady, szczególnie podczas ważniejszych uroczystości.
- Nie, nie przeszkadzał... - Głupio było mi przyznać, iż jakimś cudem nie zauważyłam, że w posiadłości był nowy kot. W domu byłam jedynie w nocy w czasie ich podróży i przeważnie byłam tylko w swojej sypialni. Gdy zaczęłam zgłębiać ten temat w myślach, zaczęło wydawać mi się, że rzeczywiście coś jednej nocy dziwnego słyszałam, jakby drapanie i skomlenie, ale w tamtym momencie musiało mnie to tak mało obchodzić, że nie zdecydowałam zbadać się źródła tych niecodziennych odgłosów. W sumie to i nawet lepiej, bo w tamtym momencie pomyślałabym, że jest to przybłęda, która jakimś cudem dostała się do środka i szybko wylądowałby na zewnątrz. - Musiał się do ciebie bardzo szybko przywiązać - Dodaję jeszcze po chwili, zwracając uwagę na fakt, jak niedługi okres go posiada.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
23-11-2025, 20:35
Cybil była dla mnie niezwykle miła. Uśmiechnęłam się do niej ciepło, gdy wyraziła nadzieję, że niedługo poczuję się tu jak w domu. Aby to się stało potrzeba było czasu. Powoli, z dnia na dzień, rytuały w Burke Manor stawały się dla mnie coraz bardziej naturalne. Chociaż nie raz i nie dwa złapałam się na tym, że coś mi nie pasowało lub było dziwne. Każda rodzina miała swoje zwyczaje, Avery również więc nie śmiałam odezwać się słowem. Nie byłam w pozycji, aby krytykować czy proponować zmianę. Akceptowałam wszystko co mi mówiono, co mi kazano, jedynie gdy byłam sama pozwalałam sobie na krótki komentarz. Nauczono mnie, aby się nie sprzeciwiać. Więc będąc tutaj wciąż stosowałam się do zasad, którymi mnie wychowano. Nie byłabym w stanie powiedzieć nie matce Xaviera, czy komukolwiek z jego rodziny. Nie przeszłoby mi przez gardło.
- Oh, byliśmy w różnych miejscach - nawiązałam do pytania o podróż poślubną. - Ale główny nasz punkt gdzie odpoczywaliśmy i zwiedzaliśmy to był obszar zachodniego brzegu Nilu. Tam gdzie jest Dolina Królów - odpowiedziałam szczegółowo. - Dookoła jest głównie pustynia, ale byliśmy też nad morzem śródziemnym, morzem czerwonym.
Nic nie poradzę na to, że gdy tylko wspominałam nasz wspólny wyjazd uśmiech pojawiał się na mojej twarzy. Z Cybil nie byłam tak blisko, by dzielić się z nią szczegółami naszej podróży poślubnej. Z resztą ona z Primrose były jak swoje dwa zupełne przeciwieństwa, co oczywiście nie było niczym złym. Jednak to z siostrą mojego męża zawiązałam głębszą relację. I chociaż ich kuzynka była dla mnie bardzo miła, tak również musiałam nauczyć się żyć z nią pod jednym dachem. Już zauważyłam, że wśród rodziny bywała stosunkowo rzadko. Często pochłaniała ją praca, nie wdawała się też w długie dyskusje. Nie byłam w stanie sobie przypomnieć, czy chociaż raz towarzyszyła nam podczas popołudniowych herbatek, gdy z panią Tytanią, matką Xaviera i Primrose, pogrążałyśmy się w rozmowie. Nie było tak codziennie, ale parę razy już się zdarzyło.
- Cieszę się, że nie przeszkadzał - zerknęłam na kota, unosząc znowu filiżankę do ust. - Tak. Trudno mi uwierzyć, że jeszcze niedawno był taką małą kuleczką, a teraz stawał się coraz większym kotkiem. Chyba był chwilę po odebraniu matce, dlatego tak szybko się do mnie przyzwyczaił. Spędzał ze mną każdą chwilę kiedy tylko mógł, od razu w dniu ślubu przywiozłam go tutaj i zaraz musiał radzić sobie sam, gdy wyjechaliśmy. Dzielny kocurek.
Byłam dziwnie radosna. Słowa wypływały z moich ust jak melodia, czuć było w nich ciepło, ogrom uczucia jakim darzyłam tego zwierzaka. Był moją ostoją, uspokajał moje nerwy, które z dnia na dzień rosły przed ślubem. A teraz był wiernym towarzyszem, kulą niespożytkowanej energii. I jak na potwierdzenie moich słów, Zefir dostrzegł coś latającego w powietrzu, jakąś muszkę. A my z Cybil mogłyśmy obserwować jak próbuje polować i łowić latające stworzenie.
- A ty czym się właściwie teraz zajmujesz, Cybil? - Zapytałam, przenosząc na nią swoje spojrzenie, gdy Zefir z zadowoleniem pałaszował muchę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
05-03-2026, 11:13
9 maja 1962r.
Powóz zatrzymał się przed posiadłością Burke z miękkim, niemal ceremonialnym szelestem żwiru przesuwającego się pod kołami. Iris wysiadła bez pośpiechu, pozwalając, by chłodne powietrze Derbyshire na chwilę oczyściło jej myśli. Dom wznosił się przed nią spokojnie i dostojnie - nie ostentacyjny, lecz wyraźnie świadomy własnego ciężaru. Kamień miał barwę przygaszonego srebra, a wysokie okna odbijały bladą jasność popołudnia. Było w tej architekturze coś niepokojąco znajomego: ta sama surowa elegancja, która pojawiała się w większości rodowych siedzib czarodziejskiej arystokracji. Domy takie jak ten nie potrzebowały krzyczeć o swojej pozycji. Wystarczało, że trwały.
Służba przyjęła ją z nienaganną uprzejmością, której nie dało się pomylić z serdecznością. Iris oddała płaszcz i kapelusz, a potem pozwoliła się poprowadzić przez korytarze domu. Jej kroki były lekkie, niemal bezgłośne, choć umysł pracował szybciej, niż zdradzała spokojna linia jej ramion. Zawsze zastanawiało ją, jak bardzo podobne są do siebie takie miejsca. Ciężkie obrazy przodków spoglądające z wysokości, miękkie dywany tłumiące każdy dźwięk, światło sączące się przez wysokie okna jak przez filtr dawnych czasów. Domy rodów czystej krwi nie były tylko przestrzenią do życia. Były konstrukcjami pamięci. Wszystko w nich przypominało, że jednostka jest tylko kolejnym ogniwem w łańcuchu.
— Pani Burke oczekuje panienki w swoim gabinecie — Oznajmił cicho jeden z domowych czarodziejów, uchylając przed nią drzwi.
Iris skinęła głową z uprzejmym, powściągliwym uśmiechem i weszła do środka.
Gabinet Vivienne był podobny do jej w swojej prostocie, układzie i ciepła bijącego od drewna. Wysokie okno wpuszczało szeroką smugę światła, która opadała na biurko i stojące obok regały. Iris od razu zauważyła księgi. Wiele ksiąg. Nie ustawionych wyłącznie dla dekoracji, jak bywało w niektórych domach, lecz używanych - grzbiety były lekko starte, między stronami tkwiły zakładki z pergaminu, na jednym z biurek leżał otwarty tom z drobnymi notatkami na marginesie.
To było pierwsze miejsce w tym domu, które nie wyglądało jak muzeum.
Zatrzymała się przy jednym z regałów i przesunęła palcami po złoconym tytule księgi o runach. Nie wyjęła jej jednak z półki. Zbyt dobrze znała tę pokusę. Gdyby zaczęła czytać, mogłaby zapomnieć, po co tu przyszła. A przecież przyjechała z bardzo konkretnym powodem. Myśl o Flintach powróciła do niej jak cień przesuwający się po powierzchni wody. Nie była dramatyczna. Nie była nawet szczególnie bolesna. Raczej uporczywa. Jak pytanie, które ktoś zadał i na które oczekuje odpowiedzi, choć nikt nie wyjaśnił, dlaczego właśnie ona ma jej udzielić.
„Rozsądne posunięcie”, zadźwięczał jej w uszach głos Augustusa Notta. „Korzystne dla obu rodów.” Iris uniosła lekko brwi na samo wspomnienie tych słów. Zawsze fascynowało ją, jak łatwo w takich rozmowach pomija się jedną rzecz: osobę, której decyzja dotyczy.
Przeszła powoli przez pokój, zatrzymując się przy oknie. Ogród Burke’ów rozciągał się szeroko, starannie utrzymany, choć mniej formalny i subtelniejszy niż ogrody Nottów. Drzewa rosły tu gęściej, jakby pozwolono im zachować odrobinę własnej woli, a kolory liliowych kwiatów odznaczały się na tle zielonych liści.
Może to dobry znak, pomyślała z cieniem ironii. Właściwie nie była pewna, czego oczekuje od tej rozmowy. Nie przyjechała po pocieszenie. Nie była też na tyle naiwna, by liczyć na radę w stylu: zbuntuj się i odmów.
Vivienne była jedną z niewielu kobiet w ich świecie, które wydawały się istnieć nie tylko jako czyjaś córka albo czyjaś żona. Iris widywała ją na przyjęciach, w Hogwarcie, w kręgu znajomych rodzin. Zawsze była uprzejma, spokojna, uważna - ale pod tą spokojną powierzchnią kryło się coś więcej. Coś, co sugerowało, że Vivienne patrzy na świat z większą świadomością, niż większość osób w ich towarzystwie. To właśnie chciała zrozumieć. Jak kobieta z ich świata zachowuje siebie. I czy w ogóle jest to możliwe.
Ciemnowłosa odwróciła się od okna i oparła dłonią o oparcie jednego z foteli, nie siadając jeszcze. Jej spojrzenie przesunęło się po gabinecie - po biurku, pergaminach, notatkach. To miejsce mówiło o pracy, o myśleniu, o kimś, kto nie ograniczył się do roli, którą przydzielił mu ród. Co było... interesujące. Na jej ustach pojawił się lekki, niemal figlarny cień uśmiechu. Jeśli ktoś miałby odpowiedzieć na jej pytania bez udawania, że ich nie słyszy - to prawdopodobnie była właśnie Vivienne Burke. A Iris, choć przywykła do cierpliwości, rzadko przyjeżdżała tak daleko tylko po uprzejmości. Tym razem zamierzała zapytać o p r a w d ę.
Dlatego, gdy klamka w drzwiach ustąpiła pod naporem ciężkości dłoni, natychmiast uniosła w tamtą stronę wzrok. Na widok znajomej jej usta wykrzywił serdeczny, choć pełen obaw uśmiech. Mimo to odetchnęła ulgą, gdy tylko napotkała wzrok jasnowłosej, a jej myśli zalała fala wspólnych wspomnień, gdy Vivienne niejednokrotnie okazywała się godnym sprzymierzeńcem znoszenia wyniosłych spotkań towarzyskich.
— Dziękuję, że tak prędko odpowiedziałaś na mój list i mogłyśmy się spotkać — Słowa wdzięczności przedarły się przez herbaciane, pełne wargi niemal od razu, gdy tylko drzwi zamknęły się, a wraz z nimi, cały świat i problemy, zostały na zewnątrz.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
06-03-2026, 23:02
List, który dostałam od Iris w pewnym sensie mnie zaskoczył, a w pewnym sensie niekoniecznie. Od dobrych paru miesięcy byłam już mężatką, mogłam wręcz stwierdzić, że przetarłam szlaki dla koleżanek w moim wieku. Nic więc dziwnego, że gdy tylko którąś spotykałam, to rozmowa schodziła na temat zamążpójścia i kwestii poradzenia sobie z wyborem rodziny. Nie uważałam, że byłam jakąś specjalistką. Wręcz okres tamten nie wspominam, przynajmniej jego początkową część, zbyt dobrze. Dopiero z biegiem czasu, im bardziej poznawałam swojego męża, tym okres zaręczyn stawał się dla mnie przyjemniejszy. Nie wiedziałam czy mogę dać jakieś sensowne rady, ale z pewnością mogłam wysłuchać. A tak naprawdę to była jedna z ważniejszych rzeczy, które potrzebowały panny właśnie w tym konkretnym momencie. Wysłuchania i zauważenia.
Z Iris umówiłam się na konkretny dzień i oczekiwałam jej przybycia z pewną dozą ekscytacji. Nie pamiętałam czy miałam okazję przyjmować tu swoich gości, swoje koleżanki. Niektóre zwyczaje Burke Manor wciąż były dla mnie zagadką, ale gdy przy porannym posiłku wspomniałam o wizycie panny Nott nikt się nie przeciwstawił. Xaviera nie było, swój czas spędzał dzisiaj w pracy. Jego matka zajęta była ostatnimi przygotowaniami do ślubu córki. Miałam więc dużo wolnego czasu, poleciłam skierować Iris do mojego gabinetu kiedy przybędzie, a sama relaksowałam się w oranżerii. Potrzebowaliśmy ostatnio więcej wytchnienia i odpoczynku, chociaż nie uważam, abym się specjalnie obciążała. Gdy panna Nott się pojawiła skierowałam się w stronę mojego własnego gabinetu, a wchodząc do środka zastałam ją przy oknie. Jej niepewny uśmiech wskazywał na to, że nie do końca była pewna czy ta dzisiejsza rozmowa przyniesie odpowiedzi na jej pytania i wątpliwości. Ja też nie wiedziałam.
- Tak miło cię widzieć, moja droga - podeszłam do niej, zamykając za sobą drzwi. Uścisnęłam ją, wymieniając całusy w policzek. - To raczej ja powinnam podziękować za twoją wizytę. Proszę, nie stój tak i usiądź. Wiesz, że jesteś moim pierwszym gościem tutaj? Jak ci się podoba mój gabinet?
To pomieszczenie było moją dumą. Dbałam o niego bardzo, gdyż był symbolem mojej pozycji w tej rodzinie jako kobiety zdolnej posiadania własnych pasji, pracy. Nie byłam ozdobą w Burke Manor, spędzającą cały dzień przy stoliku z herbatą i haftem w ręce. Zajmowałam się swoimi rzeczami, a mój mąż mnie wspierał od samego początku. I takim okazaniem wsparcia miał być właśnie ten gabinet. Nagle usłyszeć można było ciche miauczenie i drapanie o drzwi. Wymieniając spojrzenie z Iris podeszłam do wejścia i uchyliłam je na chwilę, mój kocurek - Zefir, wpadł do środka z bardzo niezadowoloną miną. Wskoczył najpierw na biurko, z biurka na parapet i usadowił się wygodnie na słońcu. Dopiero po chwili dostrzegł gościa, więc wpatrywał się teraz w Iris z zaciekawieniem.
- Przepraszam, ten kocur ostatnio nie odstępuje mnie na krok - dodałam z rozbawieniem. - Artek! - Zawołałam skrzata. - Podaj herbatę i cytrynowe ciasteczka.
Usiadłam w jednym z dwóch foteli, naprzeciwko panny Nott i spojrzałam na nią uważnie. Zefir zeskoczył z parapetu, wskoczył na moje kolana i ułożył się wygodnie, a ja automatycznie zaczęłam gładzić go po jego delikatnym szarym futerku. Upiłam łyk herbaty zanim zwróciłam się do koleżanki.
- Jeśli dobrze zrozumiałam, to zostałaś zaręczona? - Zapytałam, sądząc po tonie listu, jaki do mnie Iris wysłała, był to bardzo delikatny temat. Dlatego też mój ton głosu był ciepły i otulający. - Jak się z tym czujesz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
21-03-2026, 16:29
Pozwoliła się objąć, odpowiadając na powitanie z naturalną, wyuczoną czułością, która przychodziła jej bez wysiłku. A jednak dziś coś w tym przywitaniu było mniej pewne. Jej dłonie zatrzymały się na ułamek sekundy dłużej na ramionach Vivienne, jakby potrzebowała upewnić się, że ten kontakt jest rzeczywisty, że nie jest tylko kolejnym elementem dobrze odegranej roli. Zapach perfum - subtelny, elegancki, znajomy - uderzył w nią niespodziewanie, przywołując wspomnienia Hogwartu: rozmowy prowadzone półgłosem w dormitoriach, spojrzenia wymieniane kuflami piwa herbaty, chwile, w których przyszłość była jeszcze czymś odległym, niemal abstrakcyjnym. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że cofnęła się w czasie - zanim wszystko zaczęło mieć swoje konsekwencje.
— Twój gabinet jest… taki twój — Odpowiedziała w końcu, pozwalając, by jej spojrzenie jeszcze raz powoli przesunęło się po pomieszczeniu, zanim zajęła wskazane miejsce. W jej głosie pojawiła się nuta szczerości, cieplejsza niż zwyczajowa uprzejmość, jaką obdarzała gospodynie. - I to chyba najlepsze, co można powiedzieć o takim miejscu.
Zatrzymała wzrok na biurku, na notatkach, na księgach, które nie były tylko dekoracją. Było w tym pomieszczeniu coś, co rzadko znajdowała w podobnych domach - ślad decyzji, które nie zostały podjęte wyłącznie dla kogoś innego. I może właśnie dlatego poczuła coś na kształt… zazdrości. Cichej, niemal niezauważalnej, ale obecnej.
Usiadła, splatając dłonie na kolanach z precyzją, która była bliższa kontroli niż komfortowi. Przez moment pozwoliła sobie nie odpowiadać - zamiast tego obserwowała Zefira, który poruszał się po pomieszczeniu z absolutną pewnością siebie, jakby był jego właścicielem. Ten widok, tak zwyczajny i jednocześnie tak niepasujący do ciężaru, który przyniosła ze sobą, dał jej kilka sekund wytchnienia. Coś w niej zmiękło - minimalnie, ledwie zauważalnie.
— Wygląda, jakby oceniał, czy jestem godna rozmowy — Dodała ciszej, z cieniem uśmiechu, który pojawił się niemal mimowolnie. Pozwoliła mu wybrzmieć tylko przez chwilę. Zbyt krótką, by mógł się utrwalić. Zbyt krótką, by mogła się w nim schować.
Bo pytanie Vivienne już na nią czekało.
Nieuniknione.
Nie do ominięcia.
Iris uniosła wzrok i zatrzymała go na twarzy rozmówczyni dłużej, niż wymagała konwencja. Jakby próbowała odnaleźć w niej coś więcej niż tylko uprzejme zainteresowanie. Szukała przestrzeni - miejsca, w którym nie będzie musiała ważyć każdego słowa z chirurgiczną precyzją. Upewnienia, że to nie jest kolejna rozmowa, w której odpowiedź została już wcześniej ustalona.
— Zostałam poinformowana — Poprawiła łagodnie, ale w tym jednym słowie była wyraźna linia. Nie podnosiła głosu. Nie sprzeciwiała się wprost. A jednak nie była to zgoda. Jej spojrzenie opadło na splecione dłonie. Przez chwilę przyglądała się im, jakby należały do kogoś innego - do tej wersji siebie, która powinna wiedzieć, co robić. Która powinna być spokojna. Pewna.
— To… rozsądne — Dodała po chwili, wolniej, ostrożniej, jakby każde słowo wymagało zatwierdzenia. — Odpowiednie. Korzystne. Wszystkie te określenia, które brzmią tak przekonująco… dopóki nie odnoszą się bezpośrednio do ciebie.
Uniosła lekko głowę, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś ostrzejszego, bardziej żywego - coś, co przypominało, że pod tą warstwą opanowania istnieje jeszcze ktoś, kto nie zgadza się tak łatwo. — I chyba właśnie dlatego jest to tak… trudne.
Zawahała się. Nie dlatego, że nie wiedziała, co powiedzieć. Raczej dlatego, że wiedziała aż za dobrze - i nie była pewna, czy powinna to wypowiedzieć na głos.
— Nie potrafię znaleźć w tym niczego, czemu mogłabym się sprzeciwić w sposób, który byłby… uzasadniony — Przyznała w końcu. — Leopold Flint jest dokładnie tym, kim powinien być. I to czyni wszystko znacznie bardziej skomplikowanym, niż gdyby był kimś, kogo można by odrzucić bez wahania.
Jej palce rozplotły się powoli, jakby dopiero teraz zauważyła napięcie, które w nich tkwiło od początku rozmowy. Pozwoliła dłoniom opaść luźniej, choć w tej swobodzie wciąż było coś wymuszonego.
— Nie czuję strachu w taki sposób, w jaki pewnie powinnam — Uniosła wzrok na Vivienne szukając w niej swojego sprzymierzeńca. — To nie jest panika. Ani bunt.
Zastanowiła się przez moment, szukając właściwego słowa. — To raczej… świadomość — Krótka pauza. — Że coś zostało postanowione za mnie. I że jeśli się na to zgodzę, wszystko potoczy się dokładnie tak, jak powinno.
Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu - krótki, ledwie zauważalny, bardziej myśl niż emocja.
— A ja nie jestem pewna, czy „tak, jak powinno” to wystarczający powód, by oddać komuś całe swoje życie.
Odchyliła się lekko w fotelu, jakby ten drobny ruch miał jej pozwolić spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Na moment przymknęła oczy, a potem znów skupiła spojrzenie na Vivienne - tym razem bardziej bezpośrednio.
— Powiedz mi, Vivienne — Zaczęła ciszej, już bez tej warstwy ostrożności, która towarzyszyła jej wcześniej. — Czy w którymś momencie przestaje się czuć, że to wszystko dzieje się obok ciebie… — Zawahała się na ułamek sekundy, jakby to pytanie było bardziej osobiste, niż chciała przyznać. — …a zaczyna się czuć, że to naprawdę twoje życie?
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:15 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.