Krótki stukot nóg niósł ją wprost w ramiona dusznej mieszkanki alkoholu, potu i papierosów. Pośród krzyków wygranych i szarpnięć przegranych, musiał znajdować się jej ojciec. Nowa kochanka nie była wystarczająco zaradna, aby potrafić opanować ojcowskie zapędy hazardzisty, miast tego jej łzy rozlewały się na młodych policzkach w hotelowym pokoju.
Czerwone usta zbiły się więc w kreskę; nieczęsto bywało, aby czuła się zagubiona, ale to był właśnie taki moment. Od chwili wyjścia z prosektorium, dotarcia do mieszkania i dotarcia tutaj, gdy w kaledoskopie piękno jesieni dotarło do trzewii jako zmarźlina przedzimy. Wypatrywała go, mrugała po raz kolejny, raz po raz, na dolnej powiece zostawiając odrobinę makijażu i kryjąc tym samym ciemne oczy w półcieniu. Nie wiedziała, nie miała też odpowiedzi poznać.
Udała się na targowisko, a uderzające w nią ciała wznosiły wściekłość. Nie miała konkretnego celu, raczej po prostu szukała czegokolwiek, chciała oderwać myśli, uciec od poczucia oplatającego nie tylko umysł, ale i ciało. Wtedy dotarły do niej słowa, a obłożona nienawistną mimiką twarz zmieniła się niczym w kalejdoskopie w łagodny wyraz wymuszonej radości. — Ach, witam Thalio
Usta zbiły się nerwowo, krótkie spojrzenie wbiła w znajomą męską twarz, nim jednak cokolwiek odpowiedziałaby na wypowiedziane imię, zauważyła na sobie ciężkie, męskie spojrzenie przełożonego i zamiast spoglądać dalej na Conrada, otworzyła szerzej drzwi do sali. — AA jedna fiolka, szczurosztet połowa fiolki starczy. Na cito
Zamiast spokoju — nadmierna troska, zamiast ciemności — więcej światła, bo przecież słońce to zdrowie, zamiast spokoju — obwinianie chorego. Najbliżsi wielokrotnie chcieli dobrze, ale nie potrafili akceptować, że niekiedy właśnie pozostawienie kogoś w spokoju było najlepszą możliwością.
Grecy też nie mówili o pięknie jako o powierzchni, lecz jako o kalokagathii — jedności tego, co szlachetne i tego, co doskonałe. Czy był tym? Czy jedność była odpowiedzią na ludzkie pragnienie piękna?
Nie od razu zrozumiała ciężar jego słów — przez chwilę brzmiały jak echo dawnej mary, jak wyobrażenia, których już nie potrafiła rozpoznać, choć znała każdy dźwięk synestezji. Patrzyła na niego w milczeniu, z tą mieszaniną przerażenia i czułości, która rozsadzała jej pierś od środka, jakby każde uderzenie serca było błaganiem, by cofnąć czas — choćby o oddech, o sekundę przed jego propozycją. Ból. Trzask pękającej duszy — połysk żalu i winy, które spływały w niej cicho, nie zostawiając śladu na skórze, lecz wypalając ścieżki wewnątrz, wzdłuż kręgosłupa odzianego w jego płaszcz.
Ale oddała to sama, dla niego, dla jego szczęścia. Dla niewypowiedzianej nigdy miłości, której nie potrafiła mu wyznać, bo słowa drżały w gardle i obawiały się ujawnić. O miłości zdołała mężczyźnie powiedzieć raz, ale ona go kochała, a on spał. — Dlaczego mnie zostawiłeś w taki sposób? Dlaczego nie potrafiłeś powiedzieć mi wprost, że to koniec?