• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 4.10.1961 | Pierwsza zasada przetrwania
4.10.1961 | Pierwsza zasada przetrwania
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
07-08-2025, 10:42

Pierwsza Zasada Przetrwania
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
01-09-2025, 12:39
Zmrużyła nieznacznie oczy dostrzegając tę dezaprobatę, która mogła skończyć jej wyprawę w mgnieniu oka. Była tu intruzem, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, a jednocześnie pragnęła iść dalej i eksplorować to miejsce. Musiał jednak pilnować się zasad jakie zostały jej narzucone. Westchnęła cicho przyjmując je do siebie, a tym samym gryząc się w język, aby czegoś nie powiedzieć, czego będzie później żałować. Jednak jej spojrzenie mówiło wiele, chyba więcej niż same słowa.
Landrynka osiadła cierpkością na języku kiedy w skupieniu słuchała odpowiedzi na swoje pytanie. Uniosła w górę głowę jakby chciała dostrzec gdzieś żmijoptaka albo chociaż jego cień. Jednak niebo, przesłonięte koronami drzew nie zdradzało obecności stworzenia. -Jak się znalazły w Anglii? - Zapytała po chwili namysłu. Nie znała się na magicznych stworzeniach, tyle co wiedziała to była wiedza jeszcze z Hogwartu i czasami z jakiś opracowań, kiedy trafiała przypadkiem na ich opisy. Bradford zaś był ich znawcą i kto jak kto, ale on na pewno znał odpowiedzi na wszelkie pytania jakie mu zada tego dnia. Nie zwracała też uwagę szczególnie na roślinność wokół, ale teraz kiedy o tym wspomniał wiedziała na co patrzeć i czego szukać. Dopiero teraz zorientowała się, że pomiędzy typowym poszyciem leśnym pojawiają się obce okazy, które miały pomóc żmijoptakom. Dopiero po chwili zorientowała się, że przygląda się jej z uniesionymi brwiami. Wzruszyła ramionami. -Sądziłam, że mój brat coś na ten temat wspomniał. - Po prawdzie to nie miała pojęcia o czym rozmawiali mężczyźni. Świadoma istnienia ich przyjaźni, nie czuła potrzeby wnikania w tematy jakie między sobą poruszali.
Odkrycie sprawiło, że zapomniała o potencjalnym niebezpieczeństwie i tym, że naruszyła teren, na którym nie powinna się w ogóle znaleźć. Widok starych run potwierdzał to co mówił manuskrypt. Wyciągnęła jego kopię z torby i spojrzała na znajdujących się na nim rysunkach. Zamruczała pod nosem niewyraźnie, skupiona na jego treści i symbolach. Otrzeźwienie przyszło po chwili kiedy zatrzymała się w pół roku i poczekała, aż mężczyzna ją wyminie. Ruszyła za nim ściskając w jednej dłoni różdżkę, a w drugiej zwój. Uwaga skupiła się na otoczeniu, na odkryciu tego co zapomniane. Mogła być pewna, że od dawna żaden badacz tu nie zaglądał skoro było to leże magicznych stworzeń, a to oznaczało, że mogła być jedną z pierwszych. Kiedy wyszła na omszałą mozaikę, świat jakby na chwilę ucichł. Krąg kamieni rozciągał się przed nią, poważny i majestatyczny, jak strażnik wspomnień, które świat miał dawno zapomnieć. Przykucnęła przy jednym z głazów. Ostrożnie, niemal nabożnie, przesunęła dłonią po jego powierzchni. Chłód i wilgoć przeniknęły materiał rękawiczki, ale nie to sprawiło, że wstrzymała oddech. Pod warstwą mchu wyczuła drobne wgłębienia – linie, których bieg zdradzał ukryte znaczenie. Runy. Czas próbował je zatrzeć, mech przykryć, lecz wciąż tam tkwiły.
Unosząc wzrok ku ciemnym krawędziom kręgu, dostrzegła pierwsze ślady – pióra, połyskliwe, przełamane zielenią i srebrem. Żmijoptaki. Musiały tu być, skoro gniazdowały w tych kamieniach. To miejsce należało do nich tak samo, jak do magii, której strzegły. Uśmiechnęła się z nagłą radością i drżeniem – oto znalazła się w tym miejscu. Zerknęła na towarzyszącego jej czarodzieja, który zdawał się być cały napięty. Musiała się uwinąć. Podniosła się powoli, by przejść ku kolejnemu głazowi, a jej palce nieustannie błądziły po chropowatych powierzchniach, jakby każdy z kamieni mógł zdradzić jej kolejną tajemnicę. Runy, choć starte i zniekształcone, układały się w powtarzający się wzór – spiralę przeplataną liniami przypominającymi wijące się węże. Zatrzymała się, serce znów przyspieszyło. To nie był przypadek. Celtowie wierzyli, że spirala prowadzi do centrum – do źródła mocy.
Zafascynowana, zaczęła szukać miejsca, gdzie owe linie mogłyby się spotykać. Stąpała powoli po mozaice, wzrokiem wciąż badając ślady, aż wreszcie dostrzegła kamień odmienny od reszty. Mniejszy, ale głębiej osadzony, otoczony jakby celowo ułożonymi fragmentami płyt. Oczyściła go z mchu i liści, a wtedy pod palcami poczuła wyżłobienie w kształcie spirali – o wiele głębsze i wyraźniejsze niż wszystkie inne. -Chyba coś znalazłam. - Zwróciła się do Bardforda, a w jej głosie dało się wyczuć napięcie połączone z ekscytacją. Przyklękła, a gdy przesunęła dłonią po tym zagłębieniu, kamień drgnął. Serce podeszło jej do gardła, ale nie cofnęła ręki. -Potrzebuję pomocy, nie chcę zaklęciami naruszać struktury, kiedy nie wiem z czym dokładnie mam do czynienia. - Wskazała na kamień, a kiedy uzyskała pomoc to kamienna płyta, z lekkim, niemal ceremonialnym oporem uniosła się, odsłaniając niewielką wnękę wypełnioną ziemią, korzeniami i czymś, co błysnęło w półmroku. Pochwyciła głębszy oddech, cała przejęte sytuacją. Jej oczy rozszerzyły się, kiedy wydobyła przedmiot. Był to torc – ciężka, spiralnie skręcona obręcz z brązu, zdobiona na końcach głowami węży. Pokrywała go warstwa ziemi, lecz mimo to połysk nie całkiem zgasł. -Na Merlina! To jest torc… - Zielone spojrzenie spoczęło na twarzy czarodzieja, całe rozpalone i iskrzące się żywym ogniem czystej radości. Uśmiechała się szeroko, niczym dziecko, które otrzymało wymarzony prezent. -Celtowie korzystali z niego by wiązać się z ziemią, i z istotami, które nad nią czuwały. Być może dlatego żmijoptaki też wybrały to miejsce. - Delikatnie oczyściła torc z ziemi i sięgnęła do torby po lniany woreczek. -Wiedziałam, że to niezwykłe miejsce. Dziękuję! - Zwróciła się do mężczyzny z wdzięcznością w głosie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
18-12-2025, 11:17
— To zależy od okazu. Jedne pojawiły się tu po przejęciu przemytu, inne przyszły na świat, będąc potomstwem tych, które ściągano tu przed laty — wyjaśnił pokrótce, jednak po chwili namysłu doszedł do wniosku, że czarownica mianująca się badaczką i wielbicielką historii, mogłaby docenić garść dodatkowych szczegółów. — Początki rezerwatu sięgają piętnastego wieku, kiedy to moja praprababka sprowadziła na te tereny wymierającą kolonię żmijoptaków. Było to zaledwie parę zebranych okazów, lecz biorąc pod uwagę charakterystykę tych stworzeń, ich zdolności do plastyczności somatycznej i dezorientację wywołaną przebytym chaosem, doskonale sobie poradziły w nowym środowisku. Mimo setek lat nadal miewają trudności z przystosowaniem, ewolucja jest wielce długotrwałym procesem. Staramy się jej nie przyspieszać, tylko badać możliwości.
Neutralny ton, z jakim panna Burke przyjęła zdumienie Bradforda, zbił go nieco z tropu. Czy powinien wrobić przyjaciela, przyznać, że nie dostał żadnych szczególnych informacji, jakie zapadły mu w pamięć? A może zastrzec, że nie rozmawiają o swoich młodszych siostrach?
— Może wspomniał — mruknął w odpowiedzi, znacznie ciszej, niż wszystko inne, powstrzymując się, by też nie wzruszyć ramionami. Xavier mógł coś przebąknąć między jedną kwestią a drugą, może jej imię padło kiedyś, gdy omawiali któryś z transportów, czy mniej istotne dla Brada artefakty. Na pewno nie zatrzymałby w pamięci podobnej wzmianki, gdyby była nieistotna; tym razem ją zapisał.
To miejsce w istocie miało w sobie coś niezwykle magicznego — niezwykle, bo otoczony od maleńkości magią, przeszedł z nią do trybu dziennego. Miał świadomość, że niektóre czary są poza jego zasięgiem, że zdradzają potęgę, o jakiej nigdy mu się nie śniło, acz granica niemożliwego była dlań mocno przesunięta. Teraz, stojąc w porośniętym zielenią kamiennym kręgu, czuł coś jeszcze — drzemiącą w skale historię, o której zapomniano na wieki, zamykając ją z dala od ciekawskich oczu badaczy i poszukiwaczy przygód. To miejsce poświęcone naturze, zwierzętom i roślinom kosztem kawałka opowieści.
Pozwolił Primrose robić swoje, samemu przechodząc do pełniejszych oględzin przestrzeni. Krążył wolno wśród zarośli, kiedy doszedł doń głos czarownicy. Znalazł się tuż obok i zawahał, bo w pierwszym odruchu także chciał sięgnąć po różdżkę i za pomocą prostego zaklęcia pozbyć się kamiennego wieka. Jeśli byłoby zabezpieczone magicznie, najpewniej ani by drgnęło, ale po co kusić los? Wsunął na moment różdżkę do kabury za pazuchą, przyklęknął na jedno kolano i przesunął opuszkami na złączeniu płyt, odnajdując szerszą szczelinę, w jakiej mieściły się jego palce. Kamień zachrzęścił pod naciskiem, kiedy użył więcej siły, ze świstem wypuszczając powietrze z płuc. Wieko puściło i Bulstrode przełożył je na bok, także zaglądając do środka. Uśmiechnął się lekko kącikiem ust na kobiecy entuzjazm, potarł o siebie palcami, a znacząca opuszki wilgotna ziemia osypała się na podłoże. Czy żmijoptaki wyczuwały moc, poświęcone przed wiekami miejsce, wróżby Celtów, poszukujących połączenia z magicznymi istotami?
— To niezwykłe istoty, zgadza się — przytaknął, lecz w jego świadomości nie istniała wiedza, potwierdzająca te właściwości. — Jak wiele jesteś w stanie wyczytać z tego przedmiotu? — Skoro już miał pod ręką badaczkę, chętnie dowiedziałby się czegoś więcej na temat torcu, czy historii przodków w ogóle.
Wystarczyła drobna anomalia, dźwięk przecinający ciszę trwający ledwie sekundę, na który Bradford poderwał brodę. Reszta ciała zastygnęła w bezruchu, kiedy w głowie pojawiła się myśl, że nie powinien był chować różdżki. Po drugiej stronie kręgu błysnęły tęczowe kolory, zaledwie mignęły, niknąc znów wśród zieleni, tuż po tym pospieszny łopot skrzydeł. Czarodziej wykorzystał ten moment i jedną rękę ułożył na ramieniu Burke, zmuszając ją do pozostania na klęczkach, drugą sięgnął za pazuchę, znów się zatrzymując i nasłuchując. W myślach przeczesał katalog istot, których obecność na tym terenie byłaby usprawiedliwiona. Nie musieli długo czekać. Znów ten łopot skrzydeł, przeciągły, niezadowolony skrzek, szamotanina w zaroślach i błysk kolorowych iskier. Spomiędzy gałęzi wyleciał ptak, długi na pół metra o sylwetce sprawiającej wrażenie wychudzonej. Czarne i zielone pióra zawisły w powietrzu, oddzielone od ciała, kiedy ptak uderzył głucho o kamienne podłoże niebezpiecznie blisko dwojga czarodziejów. Lelek wróżebnik opuścił dziś gniazdo w ramach polowania, lecz nie przewidział, że zakończy się to dlań fatalnie. Gromada elfów o tęczowych skrzydłach kłębiła się wokół, osaczając drapieżnika. Ich brzęczenie mąciło ciszę, zwiastując czarny koniec lelka.
— Cofnij się — mruknął do Primrose, lekko wpychając ją za siebie. Zarówno elfy, jak i lelki nie stanowiły zagrożenia dla człowieka, nie mogły wyrządzić mu wielkiej krzywdy, lecz przypadkowy cios pazurem był bardzo realny. — W rezerwacie panuje zasada, że nie interweniujemy w naturalne konflikty — wyjaśnił, kiedy odsunęli się o kilka kroków, nawet jeśli Burke o to nie pytała. Lelek burzył się, próbując wyrwać spod mocy przeciwników. — Miał pecha, że trafił na gromadę elfów. Z dwoma, czy trzema na raz poradziłby sobie bez problemu, ale te małe potrafią zaskoczyć. — Uśmiechnął się szerzej, nie spuszczając wzroku ze stworzeń, szczerze zafascynowany. Zajmował się ich obserwacją od wczesnego dzieciństwa, a te nadal przykuwały uwagę, budząc podziw dla niezwykłej natury.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
18-12-2025, 18:52
Pytała bo chciała wiedzieć więc kiedy uzyskała bardzo lakoniczną odpowiedź zmarszczyła nieznacznie brwi. Zaraz jednak jej twarz się rozpogodziła kiedy Bradford zaczął rozwijać temat. Kiedy odpowiadał na zadane pytanie ona wodziła wzrokiem po koronie drzew nadal licząc w skrytości serca, że będzie miała okazję zobaczyć jedno z tych niezwykłych i dość tajemniczych stworzeń. Po chwili wróciła spojrzeniem do czarodzieja ciekawa kolejnego aspektu. -Czy wasz rezerwat zwraca je środowisku, z którego wywiozła je Twoja babka? -Orientowała się, że część rezerwatów odtwarza daną nację stworzeń i część z nich wraca do naturalnego środowiska, a dokładniej do innych rezerwatów. Musieli przecież uważać na mugoli i ich brak zrozumienia dla świata, który ich otaczał. Prędzej przerobiliby pióra żmijoptaka na ozdoby niż zachwycali się nim w naturze. -Nie podejrzewam mojego brata o nadmierną wylewność w temacie mojej osoby. - Dodała jeszcze nie mając nikomu za złe, że nie jest głównym tematem rozmów. Nawet ją to cieszyło. Mogła w spokoju zajmować się swoimi sprawami, a nikt nie wtrącał się w jej działania. Nawet obecna cierpliwość pana Bulstrode była zaskakująca, bo przecież mógł ją wyrzucić i jeszcze oskarżyć o naruszenie legowisk i tym samym narażenie rezerwatu na straty, a te musiałaby ponieść rodzina Burke. Ojciec nie byłby zachwycony, a pewnie na starszego brata by padło ogarnięcie bałaganu po młodszej siostrze.
Miejsca takie jak to skrywało wiele tajemnic oraz opowieści, których jeszcze nikt nie poznał. Chociaż rodzina miała swoich dostawców artefaktów to i tak realizowała swoje wyprawy, ponieważ sprawiały jej one wiele przyjemności. Później spędzała długie godziny na ich badaniu i opisywaniu. Na końcu zaś ojciec i brat podejmowali decyzję co zrobią z taki artefaktem. Do tej pory zdarzyło się dwa razy, że odmówiła oddania przedmiotu i teraz zdobiły półki jej gabinetu w Burek Manor. Poluzowała kamienna płyta uniesiona przez czarodzieja ukazała jeden z sekretów, na który szczerze liczyła. Uniosła znaleziony przedmiot na wysokość swojego wzroku i otrzepała z nadmiaru ziemi by lepiej mu się przyjrzeć. -Torc najczęściej był w formie sztywnego naszyjnika, bransolety lub naramiennika. Był to ważny element biżuterii, często noszony jako symbol wysokiego statusu społecznego, bogactwa, a także władzy wojskowej i politycznej. W tym przypadku mamy do czynienia zdecydowanie z bransoletą… - Zamyśliła się na chwilę i spojrzała na znalezisko pod innym kątem. -Musiało należeć do kogoś wysoko postawionego. Druida, wskazują na to ornamenty roślinne. Widzę też wypisane runy, a jeżeli wziąć pod uwagę miejsce… nie zdziwiłabym się jakby był tutaj pochowany.
Takie znalezisko nie było czymś oczywistym. Ciężko jej było na tym etapie stwierdzić czy był to amulet czy jedynie ozdoba, ale jeżeli należał do druida tak jak podejrzewała to torc musiał mieć znaczenie w magii rytualnej.
Nie od razu wyczuła, że coś się dzieje. Skupiona na artefakcie, klęcząca na ziemi nie dostrzegła od razu tego co się działo wokół. dopiero gdy Bradford zesztywniał obok niej, poczuła, jak coś niewidzialnego przesuwa się po kręgosłupie. -Co…? - Zaczęła unosząc głowę. Nie dokończyła pytania. Jego dłoń nagle spoczęła na kobiecym ramieniu, ciężka i stanowcza. Zatrzymała Primrose w pół ruchu. Serce uderzyło szybciej. Czy groziło im niebezpieczeństwo? Czy powinna wyciągnąć różdżkę? Czy był w ogóle na to jeszcze czas? - Co się dzieje? — wyszeptała zdezorientowana.
Nie odpowiedział. Patrzył przed siebie, jak myśliwy, który właśnie dostrzegł cień poruszający się nie tam, gdzie powinien. Wtedy zobaczyła kolor. Tylko mignięcie zieleni, błękitu i fioletu. Zaraz potem łopot skrzydeł, nerwowy i pospieszny. Z zarośli dobiegł skrzek, przeciągły i pełen bólu. Coś ciężkiego uderzyło o kamień z głuchym trzaskiem. Drgnęła, a gardło ścisnęło się, zanim jeszcze mózg zdążył zrozumieć na co właśnie patrzyła. Ptak. Pióra oderwały się od ciała i zawisły w powietrzu niczym strzępy rozdartej flagi. Czarna zieleń skrzydeł lśniła matowo, gdy lelek wróżebnik runął na kamienne podłoże, bezradny i osaczony. Otoczony przez elfy.
Dziesiątki drobnych sylwetek z tęczowymi skrzydłami krążyły wokół ptaka jak żywa burza. Brzęczały, piszczały, uderzały weń raz po raz, bez litości. Lelek szarpał się, próbował wzbić w powietrze, ale był już zbyt słaby. Każdy jego ruch był bardziej desperacki od poprzedniego. Zrobiło się jej zimno. -Bradford… - odezwała się cicho. -One go zabiją.
Cofnął ją o krok, stając przede czarownicą jak bariera. Jego głos był spokojny, niemal rzeczowy, zupełnie niepasujący do sceny rozgrywającej się tuż przed nimi. Posłuchała, choć nie potrafiła oderwać wzroku. Coś ścisnęło ją w piersi. Czysty, palący żal, który narastał z każdą sekundą. -Przecież on cierpi- powiedziała, ciszej, niemal szeptem jakby ptak mógł ją usłyszeć. -Nie możemy… nie wiem… jakoś pomóc? Choć trochę? - Odpowiedź przyszła jednak szybko i klarowanie. Pozwalać naturze toczyć własne wojny. A jednak dłonie same zaciskały się w pięści. Każdy instynkt krzyczał, by zrobić krok naprzód, by odpędzić elfy, by dać lelkowi choć cień szansy. Spojrzała na Bradforda, szukając w nim choćby zawahania. Uśmiechał się, zafascynowany, jakby patrzył na rzadkie zjawisko, a nie na agonię żywej istoty. Jego słowa dotarły do niej, ale odbijały się od myśli, które wirowały wokół jednego obrazu: ptaka, który opuścił gniazdo, by polować i trafił na własny koniec. Rozumiała, że tak działa natura. Torc, który ściskała w dłoni mógł należeć do druida, który został zabity lub zgładzony przez magię jaką władał. Lelek polując też ryzykował. Stała więc nieruchomo, rozdarta między współczuciem a obowiązkiem. Między sercem a zasadami. Las brzęczał, skrzydła elfów migały kolorami, a ona po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, jak okrutna potrafi być przygoda i jak trudno czasem pozostać tylko jej obserwatorem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
12-01-2026, 12:12
— Rzadko się to zdarza. Zdecydowana większość stworzeń jest z nami od narodzin i raczej tu zostaje, acz jesteśmy w stałym kontakcie z zagranicznymi rezerwatami i Ministerstwami — wyjaśnił, mając na myśli liczne umowy z ugrupowaniami, z którymi nieraz dogadywali się we wspólnym celu. Założenia opierały się nie tylko na zwykłym porozumieniu, ale ścisłej współpracy i wyprawach badawczych, mających na celu poszerzanie wiedzy każdej ze stron. — Jeśli miałoby się okazać, że w którymś miejscu istnieje ryzyko wyginięcia gatunku, to podejmiemy się handlu. W dużym skrócie oczywiście, bo to zależy od stworzeń i powodu, przez który doszło do tej sytuacji.
Temat młodszego rodzeństwa nieczęsto wychodził w ich rozmowach i tyczyło się to zarówno Primrose, co Apollonie. Siostra Bradforda była blisko z Xavierem na długo, nim ci dwaj rozpoczęli współpracę, o przyjaźni nie wspominając. Bulstrode wychodził z założenia, że jeśli nie było istotnej kwestii do poruszenia, to sam nie proponował tego tematu.
Przyglądał się znalezisku, nie komentując w żaden sposób. Przedmiot w istocie wyglądał, jak wyciągnięty z muzeum, bądź sklepu z artefaktami, niewiele zresztą Bradfordowi mówiąc. Wspomniane roślinne zdobienia były ledwo dostrzegalne, dotknięte zębem czasu i grubą warstwą ziemi, wnikającą w bruzdy metalu. Przedmiot był drobny i należało mu się dobrze przyjrzeć, a już na pewno wiedzieć, czego szukać, aby dostrzec to, o czym wspominała czarownica. Nie zostało mu nic innego, jak mruknąć na znak, że słucha i rozumie. Nie zdziwiłby się mocno, gdyby odkrycie panny Burke było prawdą, w końcu nikt nie prowadził tu podobnych badań od wieków. Mogły skrywać liczne sekrety, o których świat jeszcze nie słyszał.
— Wątpię, by starszyzna zgodziła się na wykopaliska — zaczął powoli, z lekkim ociąganiem — jednak sądzę, że w naszych archiwach będą znajdować się zapiski, jakie mogą traktować o ludziach, którzy niegdyś żyli na tych terenach. — Rodowi Bulstrode na pewno nie byłoby na rękę, gdyby nagle po rezerwacie zaczęli krzątać się badacze historii. To wielkie ryzyko nie tylko dla ich podopiecznych, ale i samych czarodziejów. Dlaczego więc stwierdził, że zdradzenie tej poszlaki młodej kobiecie będzie dobrym pomysłem? Nie do końca znał odpowiedź na to pytanie, ale na pewno miała ona związek z bijącą od niej pasją i tą determinacją, łatwo dostrzegalną w zielonych oczach.
Zaaferowany walką, nie od razu zwrócił uwagę na strach przecinający kobiecą twarz. Jej słowa zakrawały o panikę, ale zdradzały współczucie i głęboko zakorzenioną dobroć. Nigdy nie nazwałby tego odruchu słabością, a jedynie brakiem znajomości praw rządzących jego światem. Obejrzał się na Primrose, a zafascynowany uśmiech zszedł z jego twarzy, ustępując miejsca strapieniu. Zacisnął mocniej palce na brzozowej różdżce.
— Ventus. — Zerwał się podmuch wiatru, który z łatwością przepchnął chmarę elfów. Migoczące w świetle skrzydełka próbowały stanowić opór, ale kolejne machnięcie różdżką sprawiło, że stworzenia wycofały się w akompaniamencie niezadowolonych pisków, po chwili niknąc między zaroślami. W kamiennym kręgu zapadła cisza.
Bulstrode w kilku krokach pokonał odległość dzielącą go od lelka i przyklęknął na jedno kolano. Ptak tkwił w bezruchu z lekko rozwartym zakrzywionym dziobem.
— Trzeba się było pchać do gniazda, kolego? — mruknął pod nosem, lustrując wzrokiem stworzenie. Czarne pióra sterczały nastroszone, kilka leżało wokół, wybijając się miękką fakturą na tle kamiennej podłogi. Magizoolog przechylił głowę, oglądając lelka pod innym kątem i zawahał się. Klatka piersiowa ptaka nadal unosiła się miarowo, acz wolno. Oględziny zwierzęcia o mocnych pazurach chwytnych mogły skończyć się różnie, ale skoro ryzyko ataku elfów zniknęło z pola widzenia, nie mógł pozwolić, by ten podopieczny zwyczajnie skonał. Sięgnął dłonią, ostrożnie przesuwając stworzenie na bok, szukając ran. Lelek natychmiast się poruszył i zatrzepotał marnie skrzydłami. Bradford zabrał rękę, ale nie odsunął się. — Będziesz żył, tylko się nie wierć — mówił spokojnie, choć miał pewność, że lelki ludzką mową władać nie potrafią. Ten obserwował go czujnie jednym okiem, drugie przysłaniała pióropuszowa brew, drgająca nerwowo przy każdym oddechu. Pazury zaciskały się i rozluźniały na kamieniu w krótkich, niepewnych cyklach; instynkt kazał mu walczyć albo uciekać, ciało nie było jednak w stanie posłuchać. Bradford odetchnął cicho. To nie pierwszy raz i nie ostatni. Zawsze ten sam moment zawieszenia — chwila, w której trzeba było zdecydować, czy ingerencja przyniesie więcej szkody, niż pożytku. Tym razem decyzja zapadła już wcześniej, w spojrzeniu Primrose, w drżeniu jej głosu. Teraz pozostawało tylko zrobić to dobrze.
Ostrożnie wsunął dłoń pod pierś ptaka, nie dotykając skrzydeł. Skóra była ciepła, a puls pod palcami przyspieszony i nierówny. Elfy potrafiły nie tylko ranić, ich magia rozstrajała rytm serca, zwłaszcza u istot wrażliwych na dźwięk i światło. Lelek zareagował cicho, krótkim, chrapliwym skrzekiem i dziobem kłapnął w powietrze, ostrzegawczo, bez siły. Bulstrode cofnął palce o ułamek cala i dopiero wtedy sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyjął niewielką fiolkę, matową, ledwie widoczną w półcieniu kręgu z eliksirem uspokajającym. Kilka kropel skapnęło na koniuszek palca. Bradford dotknął nimi nasady szyi lelka, tam, gdzie pióra były najrzadsze. Skóra zadrżała, ptak napiął się gwałtownie, a potem powoli, jakby z niechęcią, odpuścił. Oddech się wyrównał. Skrzydło opadło ciężej na kamień. Tak lepiej, przemknęło mu przez myśl, mając wreszcie możliwość na dokładniejsze oględziny. Jedno skrzydło wyraźnie ucierpiało — nie złamane, ale naciągnięte, może nadwyrężone uderzeniami elfów. Kilka piór wyrwanych do krwi, drobne ranki na piersi, nic śmiertelnego. Zginąłby jednak, gdyby go zostawili. Albo z wyczerpania, albo przy kolejnej próbie poderwania się. Ta myśl przyszła spokojnie, bez żalu, w końcu taka była natura. A jednak nie dzisiaj. Bradford wycelował różdżką. Leczenie dzikich stworzeń wymagało więcej pokory, niż mocy. Delikatne zaklęcie wzmacniające tkanki, potem drugie dla uspokojenia przepływu magii. Lelek drgnął, cicho, jakby w półśnie, i zwinął pazury pod siebie.
Czarodziej oderwał wzrok od stworzenia i przeniósł go na pannę Burke. Czasem zapominał, że nie wszyscy potrafią patrzeć na takie sceny jak on — jak na fragment większej całości, a nie pojedynczy dramat. Być może tego dnia Primrose uczyła się rezerwatu naprawdę. Nie zasad, nie nazw stworzeń, a tego, że współczucie i wiedza rzadko idą tą samą ścieżką — ale czasem, na krótką chwilę, mogą się spotkać.
— Odprowadzę cię na skraj rezerwatu — zwrócił się nieco głośniej do czarownicy. — Zaczyna się ściemniać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Primrose Burke
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Badaczka artefaktów i run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
12
9
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
15-01-2026, 00:02
Kwestia rezerwatów była dla niej wielką tajemnicą, choć też nigdy jej nie zgłębiała. Nie miała takiej potrzeby, ani też wybitnie się tym nie interesowała. W tej chwili sytuacja przedstawiała się odmiennie. Miała przed sobą człowieka, dla którego to miejsce było nie tylko pracą ale też powołaniem. Słyszała to w tonie głosu i dostrzegła jak tylko ją znalazł i prawie zbeształ niczym dziecko. Do czego miał prawo i nawet nie uniosłaby się zbytnio dumą. Ból zaś by odczuła, ale nie dała po sobie poznać.
Docierało do niej coraz wyraźniej, że znajduje się w miejscu, które przynależne jest stworzeniom. To one były na priorytecie i mimowolnie spodziewała się jakieś zobaczyć.
Zaraz jej uwagę przykuło znalezisko, które mogło okazać się wskazówką do czegoś większego - wiedzy lub miejsca skrywającego wiele tajemnic. Starszyzna, która opiekowała się stworzeniami mogła nie chcieć naruszać struktur rezerwatu, czego się spodziewała. Nie raz w Ministerstwie mówiono, że mają nieraz ręce związane i pewnych rzeczy nie mogą zrobić. Ciche westchnienie opuściło kobiecą pierś i już miała pogodzić się z tym, że torc będzie jedynym znaleziskiem. Ogromnym i tak, ale jedynym jakie uda się jej wynieść z tego miejsca. Zaraz jednak padły inne słowa. Słowa, które do niej dotarły, były z początku ledwie obietnicą rzuconą mimochodem, a jednak zapadły w nią głębiej, niż mogłaby się spodziewać. Archiwa. Zapiski. Ślady przeszłości, które nie zatarły się wraz z upływem lat. Poczuła, jak w piersi narasta ciepło, powolne i nieśmiałe, lecz uparte. Nadzieja rozkwitała w niej niespiesznie, rozciągając się myślą ku półkom pełnym pergaminów, ku atramentowi dawnych rąk, ku historiom, które czekały tylko na to, by ktoś je odczytał. Wizja lepszego poznania tego miejsca, jego fundamentów i sekretów, napełniła ją radością niemal dziecinną, czystą, nieskażoną ostrożnością.
Na jej twarzy zaszła zmiana, której nie próbowała ukryć. Brwi uniosły się lekko, jakby zaskoczone własnym uczuciem, a w spojrzeniu pojawił się blask żywszy niż zwykle. Kąciki ust drgnęły i zamiast wyuczonego, grzecznego uśmiechu pojawił się prawdziwy, szczery, zbyt spontaniczny, by należeć do kogoś z rodu Burke. W tej jednej chwili nie było w nim rezerwy ani chłodnego dystansu, jedynie autentyczna radość odkrywania. Zazwyczaj nosiła na sobie spokojną maskę uprzejmości, nienagannie opanowaną, skrywającą emocje głęboko pod powierzchnią. Teraz jednak maska pękła, jakby okazała się zbyt krucha wobec obietnicy wiedzy. Jej twarz zdradzała ekscytację, ledwie hamowaną ciekawość i cichą wdzięczność za to, że oto pojawiła się droga prowadząca ku zrozumieniu. -Będę bardzo wdzięczna za taką możliwość. - Nie miała zamiaru zaprzepaścić możliwości jaka przed nią stała. Na pewno przypomni Bradfordowi te słowa i upomni się o możliwość zajrzenia do zapisków jakie miał w swoim posiadaniu ród Bulstrode.
Pojawienie się Lelka oraz chmary elfów sprawiło, że kwestia archiwów zeszła na dalszy plan. Nie chciała patrzeć na cierpienie stworzenia, rwała się do jego pomocy, gotowa odgonić elfy, rozumiejąc jednocześnie dlaczego atakują. A mimo to żal ściskał młode serce. Nie dostrzegła od razu zmiany w spojrzeniu Bradforda zbyt skupiona na scenie jaka się przed nią odbywała. Podmuch wiatru wywołany zaklęciem sprawił, że i ona odżyła ze stuporu w jakim trwała. Poczuła pewne zmieszanie, że być może przez jej zbyt emocjonalne zachowanie czarodziej naruszył pewne zasady jakie obowiązywały w rezerwacie. Nie mogła ukryć sama przed sobą, że była mu za to wdzięczna.
Zapadła cisza. Taka dziwnie nienaturalna teraz, choć przecież jak najbardziej na miejscu. Podążyła do razu za mężczyzną kiedy zbliżył się do lelka. Zaglądała mu przez ramię, ale zachowując jednocześnie stosowną odległość.
Nie znała się na leczeniu magicznych stworzeń, nie potrafiła ocenić, co jest groźne, a co konieczne. Widziała tylko rannego ptaka, zbyt cichego, zbyt nieruchomego. Każdy jego oddech wydawał się wysiłkiem, czymś wypracowanym z trudem, jakby życie trzymało się go już tylko cienką nicią. Czarne pióra sterczały w nieładzie, kilka leżało porozrzucanych wokół, miękkich i bezużytecznych, oderwanych od skrzydeł, które nie były już w stanie unieść ciała. Gdy lelek poruszył się słabo i zatrzepotał skrzydłami, serce ścisnęło jej się boleśnie. Odruchowo zacisnęła dłonie, jakby mogła w ten sposób powstrzymać ból, którego nie rozumiała, ale który czuła niemal fizycznie. Każdy ruch mężczyzny pochylonego nad stworzeniem budził w niej niepokój. Wydawał się zbyt bliski, zbyt pewny, podczas gdy ona sama miała wrażenie, że najmniejszy dotyk mógłby je złamać jeszcze bardziej. Kiedy ptak wydał cichy, chrapliwy skrzek i kłapnął dziobem w powietrze, przeszył ją strach tak nagły, że niemal cofnęła się o krok. To był dźwięk czystej paniki, instynktownej obrony kogoś, kto nie ma już siły walczyć ani uciekać.
Widziała jednak zmianę. Zauważyła moment, w którym napięte ciało ptaka zaczęło powoli odpuszczać, jakby ciężar, który je przygniatał, stał się choć odrobinę lżejszy. Oddech wyrównał się, skrzydło opadło bezwładnie, a czujne oko przymknęło się na krótką chwilę.
Patrzyła na Bradforda uważnie. W jego ruchach nie było pośpiechu ani nerwowości, które tak często towarzyszą strachowi o cudze życie. Każdy gest miał w sobie spokój wynikający z doświadczenia, pewność wypracowaną latami, a jednocześnie niezwykłą delikatność. Pochylał się nad ptakiem tak, jakby w tej chwili nie istniało nic poza nim, jakby cały świat zawęził się do kruchego ciała leżącego na kamieniu. Widziała troskę jaką otoczył stworzenie. W sposobie, w jaki cofał dłoń o ułamek sekundy szybciej, gdy lelek reagował zbyt gwałtownie. W tym, jak uważnie obserwował każdy ruch piersi ptaka, jakby zapamiętywał rytm jego oddechu. W skupieniu, które malowało się na jego twarzy, wolnym od zniecierpliwienia czy znużenia. Było w nim pełne oddanie, ciche i absolutne.
Obserwowanie go okazało się zaskakująco fascynujące. Czuła, jak jej wcześniejszy strach ustępuje miejsca ciekawości, niemal podziwowi. Widział w ptaku nie problem do rozwiązania, lecz istotę, której należało się wsparcie. W tym, jak pochylał się nad lelkiem, było coś głęboko ludzkiego, czułego, a jednocześnie podszytego świadomością, że nie wszystko da się uratować, ale zawsze warto spróbować. Stała cicho, niemal zapominając o własnej obecności, i pozwalała, by ten widok zapadł w nią na dłużej. Dopiero słowa mężczyzny wyrwały ją z zamyślenia i uświadomiła sobie, że od dłuższego czasu patrzyła na niego zbyt bezpośrednio. Odchrząknęła cicho. -Oczywiście. - Skinęła głową i odsunęła się patrząc jak podnosi lelka i zabiera go ze sobą. -Jeżeli pozwolisz, wezmę torc ze sobą i przebadam dokładnie. - Wskazała na znalezisko i gdy uzyskała przyzwolenie schowała do swojej torby. Kiedy wracali w stronę granicy trwała w milczeniu nie znajdując odpowiednich słów, ale ta cisza i milczenie zupełnie jej nie przeszkadzały.
W momencie rozstania na granicy zwróciła się do czarodzieja z ostatnią prośbą. -Jeżeli nie będzie to zbyt wielkim obciążeniem, będę wdzięczna za informację jak się ma nasz kolega. - Wskazała na rannego lelka, a potem z delikatnym uśmiechem oddaliła się w drogę powrotną, aby ostatecznie dokonać teleportacji do Burke Manor.

zt x 2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:31 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.