• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Muzeum Quidditcha
Muzeum Quidditcha
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-06-2025, 14:56

Muzeum Quidditcha
Muzeum Quidditcha mieści się w smukłym, secesyjnym budynku i jest widoczne wyłącznie dla czarodziejów. Jego wysokie okna i zdobne detale z brązu przyciągają wzrok przechodniów. Wnętrze zachowuje klasyczny charakter — w przestronnych salach znajdują się gabloty z oryginalnymi miotłami, oprawionymi w ramy plakatami meczów oraz ręcznie pisanymi kronikami drużyn. Jedna z ekspozycji prezentuje stroje graczy z różnych epok, a drewniana makieta boiska ukazuje rozwój taktyki gry. W powietrzu unosi się zapach starego pergaminu i politurowanego drewna. Miejsce przyciąga czarodziejów spragnionych historii, legend i ducha prawdziwego Quidditcha.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
17-01-2026, 11:10
tw: wulgarność & kontekst seksualny

Zerkam na zegarek: kontrolnie, wcale nie niegrzecznie, wcale nie znacząco, wcale nie tak, by dać duetowi do zrozumienia, że czas ucieka i że znudzili mnie jakieś dwadzieścia minut temu. Nie: to zwykłe, najzwyklejsze rzucenie okiem w celu sprawdzenia godziny, a może błyśnięcia cackiem na złotej bransolecie z okolic przegubu i spod mankietu wyprasowanej w punkt koszuli. Sandy potrafi się przyłożyć i zrobić tak, by nawet najbardziej niedostępne miejsca i najbardziej upierdliwie materiały układały się gładko. Zgaduję, że motywują ją pewne hasła, takie jak “spotkanie biznesowe”. O tym, że oznacza ono trójkę chłopa w muzeum Quidditcha, ględzących o teorii gry, historycznych problemach z ekologicznymi aktywistami i stopach, nie zamierzam jej uświadamiać. Nie jestem samobójcą. A co z godziną? Spojrzałem, zapomniałem, nieistotne, mamy czas. Ja się tylko chciałem pochwalić.
– Słyszałeś kiedyś o odpowiedzialności zbiorowej? – zagaduję Ambrose’a, szacując jednocześnie, czy połączy kropki. Prawdopodobieństwo istnieje, mniej więcej takie jak wygranie dwóch funtów w zdrapce z kiosku. Jakieś. Wcale nie takie nikłe. – A tak już na serio – biorę się pod boki – to przecież nie wina graczy. Tylko systemu – zniszczyć, spalić, podeptać. Anarchistyczne ciągoty topię w łyżce wody, głównie dlatego, że powinno być coś, czemu można być przeciwnym. Inaczej: czysty chaos, zero idei, ludzie zmieniliby się w zwierzęta, bo nagle okazałoby się, że żyjemy w społeczeństwie, w którym nie ma żadnego Pawła, a każdy nagle mieni się Gawłem. Hulanki, swawole, wolnoć Tomku w swoim domku. – Palenie na stosach nie było grą – zaprzeczam sucho, szczerze w dupie mając średniowiecznych magów ginących na stosach. Obiło mi się o uszy, że większość z nich urządzała sobie wówczas solarium albo przekształcała fale gorąca w coś przypominającego bicze wodne. – I tak nędznie na tym wyszli, nie? Palili przede wszystkim swoje zmywary – wzruszam ramionami z ironicznym uśmiechem. Sandy udusiłaby mnie za takie słownictwo, Sandy tutaj nie ma, a ja wiem swoje.
– No, no no… – patrzę na Titusa, który chyba nieświadomie odrobinę się napina. Jego chuda klatka piersiowa nagle zwiększa objętość, guziki koszuli trzymają już na słowo honoru - pfff. – Prawdzie papużki-nierozłączki – kwituję, dla siebie zachowując uwagę, że skoro Ambrose jest już po rozwodzie, to rola jego żony jest oficjalnie wolna. Na razie - na razie tego nie mówię. – Mhm… Nie gorączkuj się tak, Amborse. Wiesz, że nie mam złych intencji - ponownie klepię blondyna po plecach, bracia! Na pewno nie z jednej matki, nawet nie z wyboru, ale z kumulacji życiowych decyzji. Głównie tych, które nam nie wyszły na dobre. Wysoki jak brzoza, głupi jak koza - to o nim, nie o mnie. Nie ja ustalam zasady. A stopy - w tym na szczęście wspiera mnie Titus, zmieniamy strony jak najwięksi zdrajcy w historii, bo po wielokroć, a Harrison nieoczekiwanie kupuje mi czas na odpłynięcie w marzenia. Bynajmniej nie o owłosionych męskich łydach wciśniętych w podkolanówki, ale o słodkich, okrąglutkich, dziewczęcych, wypielęgnowanych stópkach. Gładkie pięty, pomalowane pazurki, that’s what I like, jej duże palce liżę jak najsłodsze smaki Chupa-Chupsów. Nie, to nie jest dziwne. Inni po prostu nie wiedzą, co tracą…
– Twoje podpisane zdjęcie może być coś warte? – interesuję się nagle. A może gdyby tak zdobyć jakiś archiwalny numer Czarownicy? Sandy ma mnóstwo tych swoich gazetek, jak się wprowadzała przytargała ze sobą cały kram, zawierający jej dobytek począwszy od narodzin. Szatka z dnia nadania imienia, urodzinowa kartka, śpiewająca “Sto lat” głosem jej taty, pamiętniczek z przedszkola ze złotymi myślami uzupełnionymi przez całą grupę i panią wychowawczynię. Nie pozwala mi tego tknąć, podczas gdy moje rzeczy leżą w pudłach w piwnicy, bo nie ma na nie miejsca. Grrr.
– Trzy miesiące. Kto by się interesował jakimś handlarzem ze złej strony Londynu, co? – do niektórych zgłoszeń przyjeżdża się mocno spóźnionym. Do innych - nie przyjeżdża się wcale. Kark, który napierdala żonę? Sprawa poczeka, teraz przerwa na pączka - w USA gliniarze przeważnie obżerają się glazurowanymi donutami Krispy Kreme, za którymi szczerze, kurewsko tęsknię. Za to sąsiedzki donos o chłoptasiu, który na balkonie pali dymorośl? Pięć minut, a chłystek w kajdankach kuli się przed matką, która leje go szmatą na oczach funkcjonariuszy. I tak to leci.
Na nas też leci. Zaczyna robić się mokro i nieprzyjemnie, klnę pod nosem i patrzę w górę, oczywiście. Tym razem nie parszywa pogoda, tylko parszywe moje szczęście, które odzywa się w naprawdę istotnym momencie negocjacji.
Pyk. Strzelam z palca do połowy wypalonym papierosem w kierunku usychającej paprotki, która chyba ma tu za mało światła i zostaję sam na sam z Ambrose’em. Titus bierze na siebie bajerowanie kustosza, podział obowiązków opanowali do perfekcji. – Ten rozwód to ci wyjdzie na dobre, brachu – zaczynam pierdolić trzy po trzy, była żona i przyszłe dupy, no i pogadane. – Mówię ci, małżeństwo to zasadzka. Możemy mieć to wszystko, rozumiesz, ale bez tych pieprzonych formalności, bez obietnic, bez zobowiązań na całe życie. Bo po co? Wystarczy, że zamieszkasz z jakąś dupcią, tyle. Posprząta, ugotuje, pozwoli dojść w środku, jak to dobrze rozegrasz, to może nawet będzie ci obciągać bez protestów. Potem bierzesz ślub i co, zamiast lodzika na śniadanie dostajesz pretensje, a pewnego dnia się budzisz i nawet ci nie staje, bo musisz trzymać obsranego bachora – wzdycham głęboko, przysięga małżeńska zmienia baby w wilkołaki pod permanentnym wpływem pełni księżyca. – Korzystaj Ambrose, panienki ci teraz nie odpuszczą – mundur, brak obrączki na palcu, kwadratowa szczena i wile geny. Na jego miejscu postawiłbym budkę na środku Pokątnej i jeszcze na tym zarabiał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
19-01-2026, 04:14
- Słyszałem. - odpowiedział lakonicznie. Usłyszał o odpowiedzialności zbiorowej, gdy profesor ukarał kiedyś za coś wszystkich uczniów i nie zmienił zdania nawet, gdy jedenastoletni Ambrose doniósł na winnego. Titus musiał pamiętać tamten dzień, podobnie jak inni uczniowie z ich rocznika—ci ostatni zapomnieli dopiero, gdy Day trafił do drużyny Gryfonów i zaczął zdobywać punkty na boisku. - Systemu, mhm. - z tym mógł się zgodzić, głównie dlatego, że został już przekonany, że biorą łapówki i wchodzą w interesy z Danielem z powodu systemu. - Palili co? - nie zrozumiał, ale na szczęście zmienili temat.
Byli wyjątkowi. Skrzywił się lekko, ale nie dlatego, że wyczuł ironię (gdzieżby), a dlatego, że nie lubił słowa wyjątkowy. Matka zawsze go tak nazywała, Titus też musiał to wielokrotnie słyszeć. Titus nie wiedział jedynie, że gdyby Ambrose nie był wyjątkowy, co Dolores lubiła tak podkreślać, to pewnie nigdy nie zostałby częścią rodziny Day. Może zostałby ze swoją prawdziwą matką, a może w sierocińcu, a może na dnie Tamizy—nie mógł się zdecydować na najbardziej prawdopodobny scenariusz i nadal, pomimo prawie trzydziestu-siedmiu lat na karku, nie miał odwagi spytać o niego matki. Ale o tym wszystkim, oczywiście, Titus nie wiedział. I to chyba jedyny aspekt życia Ambrose'a, który ten świadomie przed nim zataił. Rzecz jasna, Titus nie wiedział też, że żona zdradzała Day'a z metamorfomagiem, albo że Ambrose wcale nie zdradzał jej, ani czemu właściwie Day nie pił piwa, ale o te wszystkie rzeczy nigdy nie spytał.
Przestał się krzywić, gdy przyjaciel obronił przynajmniej jego ksywkę i skinął surowo głową. Wziął głęboki oddech, gdy Dodge klepnął go po plecach, ale w imię interesów—nie odsunął się. Jeszcze.
- Oczywiście, że myślę o stopach na dźwięk tej nazwy. Football. Obrzydliwe. Jedna z nazw, których smród można prawie poczuć i to nadana sportowi, który wedle Daniela ma reprezentować jakąś godność. - odpowiedział Titusowi, nie rozumiejąc, jak inni mogą tego nie słyszeć. Było tyle ładniejszych nazw, przecież właśnie je wyliczył!
- Pewnie może. - wzruszył ramionami w kwestii zdjęcia. Pamiątki, zdjęcia i wywiady interesowały go w stopnu odwrotnie proporcjonalnym do tłuczków, punktów i manewrów. Zamyślił się na temat swojego najlepszego meczu—z którego zdjęcie byłoby najbardziej wartościowe (zdaniem Ambrose'a, tak naprawdę największą wartość miało to skandaliczne, na którym "zdradzał żonę z fanką")—akurat gdy Titus przejął tłumaczenie zawiłości prawnych.
A potem Harrison postanowił nadal naprawiać sytuację, a Ambrose został sam na sam z Danielem, z którym niespodziewanie... znalazł wspólny język? Oczywiście, że rozwód wyjdzie mu na dobre (tylko nie pod kątem finansowym). I oczywiście, że...
- Oczywiście, że małżeństwo zasadzka. - potwierdził bez zatanowienia. Dosłownie tym samym było jego małżeństwo. - Ciebie też złapała na dziecko? - zmrużył oczy, może z powodu przenikliwości, a może z powodu kropel wody osiadających na rzęsach. Czy Dodge w ogóle miał dzieci? Nigdy nie pytał, a Daniel nigdy się nimi nie chwalił, nie licząc zdjęcia młodej blondynki w portfelu... Potem jednak Daniel zaczął wyjaśniać koncept wolnej miłości i szybko stracili wspólny język. Najpierw w kwestiach światopoglądowych, bo Ambrose nie zamierzał mieszkać z żadną kobietą tylko po to, żeby mieć posprzątane (robił to lepiej), a potem... dosłownie.
Postanowił solennie nie oceniać cudzych preferencji kulinarnych, matka mu to wpajała, żona mu to wpajała, nawet Titus mu to wpajał... ale na jego twarzy odbił się wyraz zgorszenia, gdy Daniel wspomniał o lodach na śniadanie. Ale żeby tak codziennie?
- Uhm... - próbował odnieść się do tego uprzejmego monologu, ale nie znajdował punktu odniesienia. - Zdrowo wyglądasz. Jak na... to wszystko. - tą dietę straszną. Mógłby znaleźć sobie kobietę, która robi dobrą jajecznicę, ani zbyt ściętą ani za mało. - Mhm. To było twoje doświadczenie? - zagaił, wdając się z bólem w nieszczęsny small talk.
Z ulgą zobaczył powracającego do nich Titusa.
- Och, dobrze, że jesteś. Omawiamy preferencje odnośnie kobiet. - podzielił się prędko z partnerem, który na pewno odnajdzie się w tej rozmowie lepiej. I w tej kulinarnej też. Może temat śniadań powróci, a jeśli nie, to Ambrose zaraz po wyjściu z muzeum spyta partnera dlaczego jego zdaniem Daniel Dodge jada codziennie lody.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
19-01-2026, 21:28
Martwe spojrzenie opiera się na chorągwi Harpii z Holyhead.
To prawdopodobnie wydarzenie zmieniające całe spojrzenie Titusa Harrisona na piłkę nożną. Tak, dochodzi do tego w czterech ścianach Muzeum Quidditcha – w obliczu nagłej refleksji na temat stóp graczy. Próbuje podejść do tego wszystkiego… Z odpowiednią otwartością. Ambrose lubił kiedy białko w jajkach sadzonych było stuprocentowo ścięte – inaczej ich nie jadał. Nie lubił kiedy ktoś kładł koperek na jego ziemniakach albo dziurawy ser na jego kanapkach. Składał koszulki w idealną kosteczkę i już w czasach szkolnych – zasypiał i budził się zwykle o tej samej porze, nie znosząc zmiany rutyny.
Harrison wiedział, że przyjaciel był osobą o specyficznym usposobieniu i polubił go pomimo wad (po prawdzie nie uznawał je nawet za wady – jedynie za drobne dziwactwa i ciekawostki). Nie spodziewał się jednak, że ten posiadał obiekcje co do…
Nieważne. Chyba należało pozwolić mu wygrać. I niestety – nie pozbyć się myśli o footballu przez kilka najbliższych dni. Te pojawią się raz na jakiś czas, pewnie kiedy spojrzy pod siebie w wannie. Albo kiedy idąc po mieście znowu zderzy się z plakatami sportowymi z wypisanym nań Wembley’em.
Harrison kiwa głową na przypuszczenia Dodge’a – nie zakłada, by policja musiała interesować się sprawą najgorszej części Magicznego Londynu w sposób szczególnie oddany. Po pierwsze – nikt nie będzie ginął za kilka nędznych mebli (jeśli Danielowi przez ten cały czas wciąż chodzi o meble – Titus zagubił się nieco w wyjaśnieniach), po drugie – zakładał, że nie zasadzali się na grube ryby czy rodowe Ludwiki, a po trzecie – nawet jeśli to się stanie i nawet jeżeli sprawa trafi na psy, funkcjonowali w tej biurokratycznej machinie na tyle długo, by wiedzieć jak spowalniać wszystkie działania i zacierać tropy tak, by doprowadzić do skutecznego zawieszenia śledztwa, a potem…
A potem rzadko wracało się do tych zawieszonych. Po bandyckich latach pięćdziesiątych nastąpiły lata sześćdziesiąte, które za punkt honoru wzięły sobie chyba przegonienie poprzedniej dekady w konkursie zorganizowanej nikczemności. Harrison nie był członkiem Mensy, ale umiał wyciągnąć wnioski z policyjnych statystyk.
Nie porozmawia o tym jednak dłużej, bo za chwilę zlewa ich deszcz.
A Harrison przyspieszonym krokiem zmierza do szatni.
Łatwiej jest kłamać przed młodą szatniarką, niż próbować nawiązać z nią niewinną rozmowę. Oburzony pokazuje jej przemoczoną, przylegającą do ciała koszulę. Mówi, że stara się opanować i być miły, ale jest mu ciężko, kiedy wchodząc do pomieszczenia od razu musi mierzyć się z felernym sprzętem. Prosi o kontakt z kustoszem tego miejsca. Albo z technicznymi. Albo z managerem – chce zobaczyć noty z ostatniego przeglądu technicznego zabezpieczeń. Mówi, że wysoki kolega obecny na sali ma koneksje w Ministerstwie i że kontrola nie zaszkodziłaby w miejscu związanym z tak ważnym dla czarodziei sportem. Próbuje wyobrazić sobie ton, w jakim Ambrose powiedziałby to zupełnie poważnie – nie musząc nawet na chwilę mijać się z przekonaniami.
Pewnie zadziałałoby lepiej, gdyby nosił na sobie garnitur i nie mówił większości słów z wciąż wyraźnym, szkockim akcentem… Ale odnosi sukces. Dziewczyna wyrywa się zza lady i szuka ochrony.
Jeszcze tylko chwila, a angielska, deszczowa pogoda opuści sale muzeum. Podstarzała ochroniarka wchodzi do pomieszczenia, w którym dwójka przemoczonych dryblasów dyskutuje o czymś, co sprawia, że Harrison momentalnie ma ochotę… Opuścić pomieszczenie, nim jeszcze na dobre przystanie w ich obecności.
– Ciekawe – mówi, nie mogąc powstrzymać niechęci w głosie. Odpięta od pasa różdżka trafia w dłoń Harrisona, który kreśli w powietrzu dobrze znane zaklęcia, osuszając najpierw ubranie Day’a, potem swoje, a potem pytająco zerkając na Daniela – jeśli ten wyrazi zgodę – również i jego. – A co to ma do mnie? Chcieliście pochwalić się, że macie podobne preferencje?
Pyta trochę złośliwie. Był kawalerem od urodzenia – jego gust był chyba na tyle zły, by nigdy z żadną się nie związał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
20-01-2026, 09:08
Tłumaczę świat Sandy, więc zasadniczo nie widzę różnicy w tłumaczeniu świata jemu - dorosłemu facetowi, wyższemu ode mnie o pół głowy (co najmniej), który wdepnąłby w każdą pułapkę na niedźwiedzie rozłożoną na swej drodze, gdyby alternatywna ścieżka prowadziła przez chodnik, na którym trzeba następować na linie.
– Zmywary, Ambrose, to znaczy kobiety. Bo zajmują się zmywaniem. Rozumiesz? – tłumaczę mu żart, czując się, jakbym migał dla głuchego. Znowu rzucam to porozumiewawcze spojrzenie Titusowi, odrobinę kpiące, odrobinę współczujące. Nie musząc z tym dealować na co dzień, to zabawne. Błogosławieni niech będą cierpliwi, a szczególnie Titus Harrison.
– Minie ci, jak zobaczysz pierwszy mecz. Zdajesz sobie sprawę, że to nie chodzi o stopy, tylko o piłkę? Jest tylko jedna. Dasz radę się skupić? – podśmiechuję się, rabunkowa agenda pikuje na łeb na szyję w tabeli wyników, przykryta spalonymi, rożnymi i pokrzykiwaniem “sędzia-kalosz”
–A podpisałbyś mi takie? – nie mam wstydu, żeby skroić jakiegoś kolekcjonera z ładnej sumki, która przysługuje mi za sam fakt bratania się z Dayem. Chleb powszedni, ale z takiej-sobie jakości mąki.
– Nie, nie. Całe szczęście nie. Nie widzę siebie w roli tatusia, wiesz. Tylko Sandy może tak do mnie mówić – wyjaśniam Ambrose’owi, to chyba logiczne, że nie zamierzam psuć sobie miłych chwil pojawieniem się nieporadnego małego człowieczka, który wiecznie czegoś potrzebuje. Ryczy, bo ma kolkę, ryczy, bo ząbkuje, ryczy, bo ma ubrać niebieskie rajstopy, a wolałby czerwone (czerwone są  w praniu), aż w końcu ryczy, bo wymyślił, że pociągnie za spłuczkę, a zdążyłem to zrobić przed nim. Skaranie boskie. - Byłem żonaty dwa razy i za każdym razem to był błąd. Pierwsza żona wpakowała mnie do pierdla. To wszystko przez nią, Ambrose. Gdyby nie ona, pewnie grzałbym zadek za biurkiem w Ministerstwie Magii, jeździł dwa razy w roku na wakacje i nie zadzierałbym z literą prawa – tak, tak, tak, dokładnie, tak jak mówię. Za każde niepowodzenie w moim życiu mogę obarczyć kobietę, zaczynając od mojej matki (jej chyba mam najwięcej do zarzucenia) i robiąc długi przystanek przy tej żmii, która zatruła mi młodość, jakże dosłownie.  – Jesteś przyzwoity gość, Ambrose. Tak się poświęcić, żeby baba dorabiała ci rogi, szmata – wyrokuję, łatwo mi obierać stronę w konflikcie, chociaż kilka przyczyn, dla których eksżona pana policjanta wolała gździć się z innym, podałbym od ręki. A wystarczyłoby go uciszyć. Nawet nie silencio. Majtki wetknięte w usta też załatwiłyby sprawę - gdyby zrobiła to szybko, nie zdążyłby zrobić wykładu o zarazkach, mikrobach i naruszaniu flory bakteryjnej.
– Czekaj, czekaj. Mówisz, że lody są niezdrowe? – niepokoję się nagle. – Wiesz, byłem u takiego jednego uzdrowiciela i on mówił, że mogą osłabić ruchliwość plemników i zepsuć jakość spermy, ale to brzmiało jak totalne bzdury – zdradzam Ambrose’owi, bo tak, raz na czas zdarza mi się iść do lekarza na tak zwaną kontrol. W zależności, co słyszę w gabinecie, jestem tam potem gościem rzadszym lub częstszym. – Właściwie, jestem pewny, że opłacało go jakieś konserwatywne lobby – dodaję z przekonaniem, założę się, że dostał prikaz z góry o straszeniu obywateli przed seksualnymi fikołkami, które nie kończą się prokreacją. Tyle lat po wojnie, a nadal w niżu…
– Co cię nagle ugryzło, Titus? – pytam Harrisona, gdy ten powrócił ze swej misji, ale jakiś nieswój, jakiś przybity, jakby co najmniej musiał uiścić należność za zniszczenie cennych mioteł (właściwie nieheblowanych kłód) Chluby Portree z sezonu 1410/1411. Pozwalam mu się osuszyć, jeden z drugim naprawdę są przydatni: oto intro do sprzątania mojego bałaganu. Dobre pieski. – Chcieliśmy posłuchać o twoich. Żebyś też mógł czuć się częścią dyskusji – zachęcam Titusa do mówienia, stężenie testosteronu w pomieszczeniu przekracza statystyczną normę. Zaraz jak na komendę zaczną rosnąć nam brody i owłosienie pod pachami, Ambrose’a dopadnie klątwa zakoli, a Titus dostanie trądzik i na kolejne atrakcje przewidziane tego dnia wejdzie na bilecie ulgowym. Chociaż - legitymacja policyjna podobno też zawiera takie benefity. Publiczna służba, ha tfu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
21-01-2026, 16:49
Skinął lekko głową, chociaż nie rozumiał—bo samemu zmywał naczynia dużo dokładniej od Allie, więc uparcie to po niej poprawiał. Może dekadę temu wyznałby to Danielowi, ale wraz z rosnącą metryką uczył się coraz nowszych konwencji i wiedział już, że to nie byłby dobry pomysł. Lepiej będzie utrzymać pokerową twarz.
Taki sam spokój nie przychodził mu jednak w kwestiach sportów, zwłaszcza tych z piłkami.
- Tylko jedna, co dowodzi, że Quidditch jest bardziej wyrafinowany. Tak, skupię się na jednej piłce. - przewrócił oczyma, na boisku skupiał się przecież na wielu. - Nawet pomimo tej wulgarnej nazwy.
Zawahał się. Czasy, w których podpisywał swoje zdjęcia wydawały mu się dziwnie odległe i nigdy tego nie lubił. Przez chwilę patrzył na Daniela, aż rozciągnął usta w uśmiechu.
- Pewnie, za dwadzieścia pięć procent z utargu. I dwadzieścia pięć dla Titusa. - Dodge'owi wciąż zostanie połowa, za skombinowanie zdjęcia (jeśli Ambrose ma jakieś wygrzebać, to muszą renegocjować) i znalezienie kupca. Bez podpisu nic się w końcu nie uda, a wkład Titusa... będzie nieistniejący, ale zawsze dzielili się utargiem po równo. Ambrose prawdopodobnie i tak podkradał Harrisonowi papierosy (może utarg ze zdjęcia starczy na kilka paczek, choć kto wie ile to jest warte?), bo palił w pracy więcej niż partner.
- To winszuję. Potem ciężko się z tego wyplątać dopóki nie skończą osiemnastu lat. - podsumował kwestię rodzicielstwa ze sztuczną nonszalancją. Może gdyby był lepszym i bardziej zaangażowanym ojcem, spotykałby się częściej ze swoimi dziewiętnastoletnimi dziećmi. Może gdyby były chciane, wszystko byłoby inaczej. Wiedział, że to nie ich wina i trochę go to gryzło, ale do tego rodzaju melancholii nie przyznawał się nawet Titusowi (choć ten chyba i tak wiedział).
Zapomniał, kim jest Sandy; ale uznał, że chyba nie chce wiedzieć. Szczególnie, że Dodge kontynuował i Day musiał skupić się na pokerowej minie (co przyszło mu bez trudu) i rozważeniu słów o tym, że wtrącanie małżonków do więzienia jest straszne (co przyszłoby mu z trudem, więc postanowił dyplomatycznie milczeć. Zanotował w pamięci, by nigdy nie chwalić się Dodge'owi tym, jak pozbył się Allie). - Nie umiała rzucić cię inaczej? - zapytał tylko w celach badawczych. Rozważał czasem, czy na pewno pozbył się Allie we właściwy sposób; ale skoro robiło to więcej małżonków, to może tak. - Wydajesz się szczęśilwszy niż w Ministerstwie. - zaryzykował. - Tam musiałbyś stać w kolejce do windy. - ale coś podpowiadało mu, że Dodge by tego nie robił i przepychał się z bara przed cierpliwych pracowników i interesantów. Skinął głową, przyjmując kolejne obelgi pod adresem Allie—Titus miał ich tak wiele, że się przyzwyczaił.
- No przecież są, w nadmiarze. - odpowiedział z powagą Dodge'owi. Daniel nie wyglądał jak ktoś, kto je lody na śniadanie; ale Ambrose—pomimo braku doświadczenia—wyglądał jak ktoś, kto nie narzeka na powodzenie i akurat zna się na temacie. - Nie konsultowałem tego z uzdrowicielem - w sumie dziwne, że doszedł akurat do takich wniosków, ale zdrowa i niezdrowa dieta działała holistycznie na cały organizm, więc Day'owi nie wydało się to dziwne. - Ale trener mówił nam to samo. - przypomniał sobie z powagą. - Nawet nie tylko on, mieliśmy jednego gracza, którego żona była zaangażowana w jego zdrowie - Allie też byłaby tą żoną i gdyby Ambrose jej pozwolił, to całowaliby się po wygranym meczu niczym Robert i Annie ze Srok z Montrose. - I też mu zabroniła. - cukrów i nawet soku pomarańczowego, no ale nie rozmawiali o owocach, tylko o nabiale.
- O, udało się? - zwrócił się do Titusa z ulgą. - Dzięki. - wygładził koszulę, gdy Tite ich wysuszył. - Jego typ to cycate brunetki. - poinformował uprzejmie Daniela, wypowiadając się za Titusa. W ramach wdzięczności za to, że ten załatwił inne sprawy. - A mój wysokie blondynki. - zmyślił na poczekaniu. - A swoim się chyba nie pochwaliłeś. Już wszystko załatwione, możemy zwiedzać dalej? - albo może lepiej... stąd iść i nie narażać się ochronie?
Musiał koniecznie porozmawiać z Titusem o tych lodach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
22-01-2026, 21:19
Co go ugryzło?
Właściwie sam nie wiedział, ale wciągnięty od razu w temat, który nie do końca mu leżał – wydawał się zbyt markotny. Zresztą – cały ten dzień był dość nieswój, może to przez przewlekłe niedospanie – wypadkową działań przeklętego sąsiada, a może przez to, że obecność dwóch mężczyzn o dość… Specyficznie odległych charakterach przerzucała się zdaniami nad jego głową wpływała na niego niekorzystnie? Czasami musiał służyć za pomost, który połączy ich wyrafinowane usposobienia (najczęściej od strony Daniela, do Ambrose’a, ale przyzwyczaił się już).
– Zirytował mnie ten deszcz, mówiłem ci żebyś nie palił, a laska z szatni jest na mnie jakaś cięta – kłamie więc, dość wygodnie i wiarygodnie. Chowa różdżkę za pas, a dłonie do kieszeni. Irytuje go też, że po kontakcie z tak intensywnym prysznicem, kończy z fryzurą pasującą bardziej wybitnym badaczom teorii względności. Przylizuje je żałośnie, kiedy dobrodusznie uwzględniają go w swojej rozmowie. Kiedy Ambrose jeszcze dobroduszniej tłumaczy Dodge’owi gust Titusa, ale i własny. Nie kwestionuje gustów Day’a, bo te wydają się sensowne i prawdziwe, nawet jeżeli absolutnie niezadowalające. Harrison musi przyjąć zaś podarowaną mu rolę – nie wiedzieć czemu momentalnie przywołaną przez przyjaciela. Po co za niego odpowiadał? A co jeśli właściwie się mylił?
No bo mylił się, ale nawet w fałszywych narracjach Harrison rzadko przywoływał wizje cycatych brunetek. Zirytował się podwójnie; znowu chodziło mu o Jenevę? Czy ten temat mógłby kiedyś po prostu… Umrzeć?
– Nie rozgrzebuj starych ran, Rosie – zwraca mu uwagę, bo to niezwykle wiarygodne – i dla Daniela, który nie miał zielonego pojęcia o historycznej partnerce Titusa, jak i dla Ambrose’a, który pozostawał niewygodnym przykładem przyjaźni, która tak samo podbuduje – jak i zniszczy. – Ambrose nie wygląda na takiego, ale lubi ponabijać się z mojej dawnej narzeczonej, cycatej brunetki – spogląda na przyjaciela porozumiewawczym spojrzeniem. Nim ten zdąży oburzyć się na dobre, Harrison kontynuuje – niemalże walcząc z czasem. – Wodziła za nim słodkim spojrzeniem, szyła mu sweterki i chciała wskoczyć mu do łóżka – nie musi nawet bredzić – kiedyś faktycznie usłyszał o niej takie plotki. Wszyscy troje znali źródło tej plotki. Wszyscy troje – nawet Ambrose. – Tyle dobrego ze znajomości z gwiazdą Quidditcha – parska krótkim śmiechem, byle przenieść spojrzenie z Daniela, na Day’a. – Przynajmniej zweryfikuje lojalność twojej kobiety za ciebie. Ale może lepiej tego nie testuj, Danny.
Niech Danny myśli sobie o tym co chce. To wygodna historia. To wyjątkowo… Prawdziwa, chociaż lekko podkoloryzowana historia.
Miał ochotę zapalić papieroska. Być może faktycznie powinni wyjść na zewnątrz.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
24-01-2026, 20:43
–Więcej nie znaczy lepiej, Ambrose – uznaję znudzonym tonem, pora pakować manatki i zwijać ten kram, już zaczynam rechotać pod nosem z dziaderskich żarcików, które nie musiały opuszczać moich ust, bym wszem i wobec uznał je za zabawne. Titus musi akurat wiedzieć, dlaczego mi tak wesoło: więcej nie znaczy lepiej, ale większy - większy tak, większy może znaczyć lepszy. Komisarz Day i tak by nie zrozumiał: gdybym nie wiedział, że jest świeżo po rozwodzie i ma dzieci, śmiało bym przypuszczał, że tam na dole wygląda jak Ken: kompletnie płaski i plastikowy. Jak dobrze, że rozpuszczać plotek nikt mi nie zabroni. – Co niby wulgarnego jest w stopach? – nie wierzę własnym uszom, zatem dopytuję, na tyle uprzejmie - to dżentelmeńska dyskusja - na ile pozwala oschły ton. Stopy co prawda faktycznie ukrywamy przed światem, ale tylko wtedy, kiedy jest na to za zimno, już wiosną Anglicy rozkoszują się powiewem powietrza między dużym palcem a wysepką trzech kolejnych, paradując po ulicach miast w sandałach lub klapkach. Im bliżej lata, tym więcej widocznych stóp, a dotyczy to bynajmniej nie tylko miasteczek nadmorskich.
– Trzydzieści do podziału na was obu – zbijam ofertę: to akurat szok, że Ambrose w ogóle rozważa taki zarobek, który boleśnie przypomina o zamierzchłej chwale i tym, jak dziewczyny na stadionach pokazywały mu cycki i podtykały mu je do podpisu. Gdyby coś miało mnie skłonić do wejścia na miotłę, to byłyby to właśnie czekające na ziemi dziewczyny. Sandy nie zmusza mnie do odrywania stóp od ziemi, razem jesteśmy właściwie najbardziej przyziemni na świecie: śniadanie o dziewiątej, lunch o dwunastej, herbatka o siedemnastej, obiadokolacja o dziewiętnastej, harmonogram jak w przedszkolu, szpitalu albo więzieniu, tak jest dobrze. I na pewno znajdzie gdzieś stare wydanie Abrakadabry Sport, które kupiła tylko dla plakatów półnagich pałkarzy Srok z Montrose - w tym samego, we własnej osobie Ambrose’a Daya, który na stare lata postanowił, że lepiej wyjdzie mu kundlić się w mundurówce. Teraz, znając jego kompas moralny: wypadałoby pogratulować.
– Niektórzy oddają jeszcze po urodzeniu. Można też próbować zgubić. Jak bardzo skuteczna jest policja w odnajdywaniu dzieci? Prowadzicie jakieś statystyki? – pytam, zanim zdążę ugryźć się w język. Oczywiście że nie z powodu faux pas, oj, biedne dzieciaczki, Jasie i Małgosie, jakże mi ich szkoda, nie, wcale nie. Szkoda mi siebie, bo za trzy, dwa, jeden, czeka mnie niechciany wykład na temat liczby porzuceń, zgłoszeń i przeprowadzonych interwencji. No pięknie.
– Wcześniej mnie podtruwała, ale to mnie nawet kręciło. Jak się dowiedziałem, przez tydzień nie wychodziliśmy z sypialni. Czułem się, jakbyśmy znowu byli w podróży poślubnej – wyznaję i przyłapuję się na kropli, kropelce, nostalgii. – Ona była po prostu niezrównoważona psychicznie. Pierdolnięta. Miała kuku na muniu – wyliczam i pukam się po własnym czole. Jakbym pukał tak odpowiednio długo, zrobiłoby się tam pewnie wgłębienie, a z wgłębienia dziura, a w tej dziurze mogłyby zamieszkać jakieś małe ptaszki. To moje czoło - dostatecznie duże jest do tego. – A ten twój rozwód… Całkiem puściła cię z torbami? Ile lat mają twoje dzieciaki? Musisz na nie płacić? Daję słowo, wykorzystują cię, żeby zrobić sobie dziecko, a później jeszcze mają czelność żądać p i e n i ę d z y – zielonego pojęcia nie mam jak przedstawia się rodzinna sytuacja Ambrożego, lecz
męska solidarność zawsze na pierwszym.
– Jak to? Ja to lubię raz dziennie – świątek piątek czy niedziela, w środę obowiązkowo, budzę wtedy Sandy znajomą melodyjką, która idzie tak: tiruriruriruri-tiruriruriruri. Ona nie zawsze chce, odnoszę wrażenie, że ma nawet całą listę wymówek i to bardziej kreatywnych niż ból głowy, ale obietnica oświadczyn, kiedy już zmieści mnie w całości naprawia jej entuzjazm. – No właśnie, widzisz, mówiłem! – święcę triumfy jakbym odbierał olimpijski wieniec albo Puchar Mistrzostw Świata z roku 1879 - spacerując zbliżamy się już powoli do współczesności. – Żony nie chcą tego robić. Ty jej obrączkę, a ona już nigdy więcej nie obsłuży cię tak, jak wcześniej – narzekam, znam to nie z autopsji, ale z obserwacji smutnych małżeństw smutnych mężczyzn, którzy na rzecz rodziny najpierw przestawali grać w karty, później pić, a na końcu ruchać. I wtedy, wtedy był ich koniec. Nie było czego zbierać.
– Nie jęcz Titus. Opanowałeś sytuację, prawda? – klepię go po plecach aż idzie echo, dziś nie ściskamy sobie oplutych grab, tylko oklepujemy się nawzajem w separacyjnym uścisku. Wspieramy, gratulujemy, życzymy, dziękujemy.
– Była tylko jedna? Do tej pory się nie pozbierałeś, czy jak? – pytam, strzepując z koszuli jakiś paproch - właśnie weszliśmy do przyciemnionej, zakurzonej sali, gdzie przechowują unikatowe szaty reprezentacji Anglii z roku bożego 1901. Specjalne modele, uszyte tylko na ten jeden sezon, celebrujące rozpoczęcie nowego wieku, nowych zasad, nie mogą spoczywać pod zbyt ostrym światłem. W tym półmroku oceniająco spoglądam na Titusa. – Byłbym lepszym skrzydłowym niż on. Powiedzmy, że mogę to dla ciebie zrobić. Z dobroci serca. I nie wyglądałbyś przy mnie jakbyś miał trzynaście lat – wyliczam zalety wybrania się na panienki tylko we dwójkę, nagoniłbym ich mu tyle, że nie wiedziałby, na której ma zacząć grać jak na banjo, bo wszystkie byłyby chętne.
– Sandy w życiu mnie nie zdradzi. Świata poza mną nie widzi. Jest zabujana na maksa – macham lekceważąco ręką, nie dodając już, że sam przestałem oglądać się za dupkami, nawet jeśli schylają się przede mną w krótkich sukienkach. No dobrze, zdarza mi się zerknąć, ale nigdy celowo. Tylko. Zerknąć. – Mi to już nie wypada, Ambrose, jakby moja mnie usłyszała, to by pogoniła, a ściany mają uszy – a przekupni policjanci długie języki. – Ale zawsze leciałem na blondyneczki, no – przyznaję, to akurat chyba nie grzech. – Mamy coś wspólnego, widzisz – wbijam łokieć w jego żebra, faktycznie pora się zawijać. – To co, wychodzimy? Na papieroska? – dam im nawet ze swojej papierośnicy, poczęstuję tak, by widzieli moje inicjały na srebrze, pochwalę się, że to prezent od niuni. Sam ukradłem, a ona sama oddała do grawera. Zmyślna łobuziara.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
04-02-2026, 16:27
- Oczywiście, liczy się jakość. - zmrużył lekko oczy, nie wiedząc nawet, że nie zrozumiał. - A prawdziwie dobry mecz poznaje się po tym, jak się kończy. - nieświadomie wszedł w dalsze dwuznaczności. - Nawet jeśli twoim zdaniem trwa to wieki. Właściwie to takie mecze są najlepsze. - ale po co tłumaczył to komuś, kto cenił jakiś mugolski sport? Nieźle się zresztą gimnastykował, by móc skrytykować piłkę nożną bez mówienia, że jest mugolska. Choć to kwestia drugorzędna, bo nazwa powinna mówić sama za siebie. - Jeśli wytropimy kiedyś seryjnego mordercę to założę się, że będzie fanem stóp. - przewrócił oczyma, to ostateczny argument odnośnie tego, co jest złego w stopach. Poszukał kontaktu wzrokowego z Titusem, jakby szukając poparcia. Nie, żeby tropili seryjnego mordercę. - Ale to oczywiście będzie wtedy tajne. - dodał dla porządku, nie wiedząc, że informacje z takiego śledztwa można by korzystnie sprzedać prasie.
- Zgoda, ale czterdzieści jeśli znajdziesz klienta na personalizowaną dedykację. - dobił targu, myśląc o nowym modelu miotły w witrynie Broomstix. Ilekroć je wypuszczali, robił się bardziej zażarty w negocjacjach.
No i powinien odkładać na przyszłość dzieci, tak, tak.
Mina zrzedła mu za to na wspomnienie zgubionych dzieci, właściwie to całkiem stężała.
- Bardzo. Skuteczna. - odpowiedział tonem takim, jakby połknął kij; bo tamte wspomnienia właściwie były niewygodne i smutne niczym taki kij. Z drugiej strony, to właśnie dzięki skuteczności Titusa w tamtej sprawie... dołączył do magipolicji. Na szczęście, Daniel mówił na tyle dużo, że nie dał mu roztrząsać zgubienia własnego syna.
Spoglądał na niego, usiłując nadążyć. Truła, sypialni, cośtam, mógłby spytać gdzie pojechali w podróż poślubną, ale się poddał. Może Titus by się nie poddał, ale musiał naprawiać tą sytuację z papierosem...
Zawahał się odnośnie pytań o rozwód, miał tendencję do przemilczania swoich kłopotów, ale... coś w solidarności i tonie Daniela (i w tym, że prosił go o wyższy procent z zysków na podstawie rozwodu właśnie) zachęciło go do lekkiego podramatyzowania. Albo może i nie lekkiego. Matka dramatyzowała tak przecież całkiem na serio:
- Straciłem nasze mieszkanie, nowe, trzypokojowe. - skrzywił się. - Tylko dlatego, że teść dołożył wkład własny piętnaście lat temu, bo marudził, że jego córka nie może mieszkać w dwupokojowym, a takie kupiłbym sam. Kutas jeden. Dosłownie, ma na imię Dick. - Richard, ale odpowiednie zdrobnienie tego imienia było jednym z najbardziej imponujących (dla Ambrose'a) osiągnięć Titusa. - Nie muszę prawnie, mają po dziewiętnaście lat - a Ambrose dzięki swoim genom wyglądał na młodziej niż trzydzieści sześć (niedługo trzydzieści siedem), więc może właśnie postawił przed Dodge'm zagadkę matematyczną. - Ale muszę, bo nie mogę tak ich zostawić, nie? Inaczej musiałyby mieszkać na wsi ze mną i moją matką. - pożalił się. Chyba już nawet ten temat był łatwiejszy niż kwestia śniadań...
- Moja żona lubiła nawet dwa razy dziennie jak nadchodził ten czas miesiąca. - westchnął, myśląc o deserach i niezdrowych nawykach Allie i nieświadomie burząc wyobrażenie Daniela na temat żon i ich chęci.
Coś zafrapowało go zresztą bardziej niż kwestia diety, bo oto Titus wrócił i skłamał na tyle przekonująco, że Ambrose uwierzył mu w...
- Jak to cięta? - zmrużył z irytacją oczy. Nie lubił, gdy laski były na Titusa cięte. Przypominało mu to o Allie, która bardziej od słodyczy przed okresem lubiła poniżać jego przyjaciela. - Mogłem tam iść z tobą. - mruknął, no przecież. Z laskami radził sobie lepiej.
Ale jakimś cudem potem zrobiło się już tylko gorzej. Titus mówił rzeczy, przy których nie powinien się śmiać, ale jednak się roześmiał. I które ujęte w ten sposób brzmiały jakoś... źle, szczególnie przy Dannym.
Zrobiło mu się głupio. Bardzo głupio.
A że nie potrafił sobie poradzić z tym uczuciem, to zezłościł się na Jenevę Young.
- Do tej pory, ona to dopiero puściła go z torbami. I wcale nie musiałem jej testować - choć to robiłem - bo to była chciwa ladacznica, po prostu. - spojrzał na Titusa wyzywająco, jakby chciał się przekonać, czy teraz heroicznie weźmie Jenevę w obronę.
Na własne usprawiedliwienie miał to, że to Titus patrzył tak na niego gdy mówił podobne rzeczy o Allie. Tyle, że Ambrose nigdy nie brał jej w obronę.
Jakoś stracił humor.
- Twoja na pewno jest lepsza, tak irytująca jak tamta cycata brunetka zdarza się rzadko. - mruknął do Daniela, choć tak naprawdę jedyną wadą Jenevy było to, że miała miły uśmiech (w którego szczerość Ambrose nie wierzył) i wycięty dekolt i że znała Titusa dłużej niż on.
- Chodźmy. - naprawdę potrzebował papierosa. W legalnym miejscu.
Sandy—miał wrażenie, że to imię jest istotne, ale zapomniał je wieczorem, bo Sroki z Montrose przegrały mecz. Już zresztą pod budynkiem zasępił się nad rozważaniem, czy naprawdę nieodpowiednio postąpił gdy sprawdzał lojalność Jenevy i nad rozważaniem, ile kosztowałaby taka srebrna papierośnica, bo ta Dodge'a była całkiem ładna. I nad myśleniem o tym, że Dodge będzie lepszym skrzydłowym, czego nawet nie skomentował. W końcu na moment zostawił mężczyzn, udając, że idzie sikać i wrócił się do szatni gdzie rzucił urok na tą laskę, która niby była niemiła dla Titusa. Byłby bardzo zobowiązany gdyby spytała go o imię gdy będą wychodzić—i to zrobiła (chichocząc i patrząc na Ambrose'a), więc kto tu jest lepszym skrzydłowym?
O dziwo, jego interwencja sprawiła, że jednak zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie, więc w drodze do domu postanowił to zagłuszyć i opowiedzieć Titusowi o czym rozmawiali z Danielem. Lubił Dodge'a za to, że mówił tyle, że zawsze można było się tym jakoś... rozkojarzyć. I ponarzekać, że laska z szatni byłaby milsza gdyby mieli mundury.

Jak opowiadam Titusowi o diecie Daniela?
1. Wynika z tego to, co Daniel naprawdę chciał przekazać i Titus może się domyślić, co lubi Sandy i że nic nie zrozumiałem.
2. Wynika z tego moja tyrada na temat tego, że Dodge niezdrowo się odżywia, a jednak jest chudy
3. Wynika z tego, że kobiety nie potrafią robić śniadań i że Jeneva na pewno robiłaby jeszcze gorsze, a o Allie to w ogóle szkoda gadać


/zt x 3
1x k3 (rozmowa losowa):
3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 21:55 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.